O… godność (część 2.)

   Nie  przyjmuje do wiadomości, że błędy są nieuniknione, a pomyłki nieuchronne. Twierdzi, że za błędy w okresie polskiej transformacji, odpowiadają pycha i nieuctwo. Nadzieję na poprawę sytuacji w dzisiejszej Polsce, widzi w ludziach otwartych na wiedzę, doświadczenie i dialog. Tej otwartości nie dostrzega jednak wśród polskiej  elity politycznej. Wśród polityków europejskich natomiast, widzi bardziej celebrytów, niż skutecznych mężów stanu.

 

Druga część rozmowy ze Zbigniewem Bujakiem- działaczem opozycyjnym w okresie PRL, współzałożycielem NSZZ Solidarność w ZM Ursus w Warszawie, przewodniczącym Regionalnej Komisji Wykonawczej Regionu Mazowsze NSZZ Solidarność, Uczestnikiem obrad Okrągłego Stołu, Posłem na Sejm I i II kadencji, autorem książek i nauczycielem akademickim.
Laura Jurga: Ustaliliśmy już, że Polacy powinni znów ze sobą rozmawiać. Od czego zacząć ten dialog?
Zbigniew Bujak: Zacznijmy od tego, czy pomyłki są nieuchronne. Jeśli się nie rozmawia z opozycją, pomija krytyczne opinie, ignoruje alternatywne koncepcje i scenariusze, to pomyłki są pewne. Robienie błędów o strategicznym znaczeniu staje się wręcz cechą, istotą takiego modelu rządzenia i zarządzania. Często mówimy, że uczymy się na błędach. Bardzo to polskie. Ale są też tacy, którzy mówią: Tylko głupcy uczą się na swoich błędach. Pytanie, czy mamy się od kogo uczyć?
Oczywiście, że tak…
Wystarczy sobie uzmysłowić, że Ameryka ze swoją wielką nauką, kulturą, gospodarką to Europa XVIII wieku, ale po systemowej transformacji. Z kolei Europa po II wojnie światowej przeszła niesamowitą transformację systemową. Wystarczy sobie także uzmysłowić, że Niemcy przeszły niesłychanie głęboką reformę i transformację: Od systemu hipertotalitarnego, z Hitlerem na czele, do liberalnej demokracji. Jak oni to robili? Jak to przebiegło? Takie pytania stawialiśmy sobie w Solidarności. To był czas, kiedy nikt nam nie stawiał bariery w zdobywaniu tej wiedzy, myśmy o te  rzeczy pytali. Dzisiaj wiemy, że każdy tego typu reformatorski ruch, ma swoje pięć sekund w historii świata. Nowi przywódcy społecznych rewolucji, rozprawiający o reformach państwa mają przez chwilę otwartą drogę do najwybitniejszych ekspertów: Proszę bardzo, zachęcają, teraz pytajcie! Ale mija te pięć sekund – mijają dwa, trzy lata transformacji. Jeśli nie pytaliście wtedy, a macie pytania dziś, doradztwo kosztuje. Powiemy wam, jak zbudować, np. system emerytalny, ale … taka ekspertyza?… kosztuje kilka milionów dolarów.
A, może chodzi o to, że dziś, każda informacja ma swoją cenę?
Ma, ale w czasach Solidarności najlepsi służyli nam swoją wiedzą pro publico bono. Kto chciał, skorzystał. To dlatego, nie przyjmuję do wiadomości, że błędy są nieuniknione. Wszystkie błędy, jakie popełniliśmy, były wyłącznie na skutek czyjegoś nieuctwa, ewentualnie pychy takich, co to sami wiedzą najlepiej. Minister gospodarki, czy handlu, głosił swoją wizję reprywatyzacji, nie zdając sobie sprawy, że mówi językiem czystej ideologii. A, jak masz mentalność ideologa, to możesz się wpasować w dowolny system polityczny- totalitarny, autorytarny, jaki tylko chcesz. Żeby się trzymać konkretów: Nasza elita intelektualna wiedziała, że nikt na świecie jeszcze nie przechodził prywatyzacji i reprywatyzacji, na skalę taką, jak Polska. Tak. Ale, czy w tej prywatyzacji i reprywatyzacji jest jakaś dziedzina, jakaś klasa przedsiębiorstwm, której na świecie nie prywatyzowano?  Nie ma! (śmiech). Wszystko, cokolwiek weźmiemy pod uwagę:  Zakład produkcji traktorów, jak Ursus, samochodów, PGR-y[1], koleje, sieci energetyczne, zakłady zbrojeniowe, elektrownie, kopalnie- wszystko było kiedyś, gdzieś prywatyzowane i reprywatyzowane. Wszystkie problemy, które z tym się wiążą, konsekwencje przyjmowanych ścieżek i rozwiązań są na świecie znane. Spójrzmy na Warszawę.  Czy skala zwrotu kamienic lub działek, byłym właścicielom, miała gdzieś miejsce na taką skalę? No, może nie aż taką. Ale, czy w historii świata nie było badane, jak to zrobić? Mamy przykład, gdzie robiono to dobrze, na porównywalną skalę, z tymi samymi problemami: Mienie pożydowskie, mienie różnych uciekinierów, mienie przejęte na skarb państwa? Mamy, to Berlin. Mają Problemy? Nie! No, to jechać, do jasnej cholery! Pytać i byłoby wiadomo, jak to rozstrzygać. Dlaczego o tym mówię? Żeby uzmysłowić, że mechanizmy reform, transformacji, zostały zdominowane deprawującym myśleniem. Myśleniem, które usprawiedliwia bierność w poszukiwaniu dobrych rozwiązań: My, to robimy po raz pierwszy. Błędy są nieuniknione. To nas rozbraja. Ja, elektryk z Ursusa to rozumiem (śmiech), mówię więc, że na to nie można było pozwolić.
Zgadzam się. Ale, cały czas nurtuje mnie pytanie, jak z tym, co Pan mówi dotrzeć do ludzi? To jest konkretny przekaz. Wspominał Pan też o ideologii, wcześniej o Wałęsie, który dziś, mówiąc delikatnie jest deprecjonowany. Jak dotrzeć, zwłaszcza do młodych? Oni nie pamiętają, często też nie wiedzą.  Jak mówić, gdy historia staję się narzędziem w rękach polityków? Powiedział Pan o Żołnierzach Wyklętych, pokazując dwie strony medalu. Dziś, nie mówi się o tym zbyt głośno: Bohaterowie i bandyci.  Nacjonalizm w środowiskach narodowościowych utożsamiany jest z patriotyzmem. To działa, jak przysłowiowa woda na młyn.  Pytanie, czy komuś na przekazie rzetelnej wiedzy jeszcze zależy? Też jestem zdania, że człowiek nie musi uczyć się na błędach. Ale, jednocześnie, błędy w codziennej drodze się zdarzają. Jak rozmawiać, bez tego, jak Pan to określa: Okładania się po szczękach, pokazując, że warto odkrywać prawdę, zdobyć wiedzę? Jak przekonać młodych ludzi, że to, o czym Pan mówi, nie jest wyłącznie zamierzchłą przeszłością, że ma dla nas znaczenie nie tylko z historycznego punktu widzenia? Jak przekazywać te wartości, które Pańskie pokolenie miało niemal wyssane z mlekiem matki? Mamy brak autorytetów? A, może problem polega na tym, że każdy odwołuje się jedynie do uznanych przez siebie wartości? Co dzieje się w naszym kraju?
Przyjąłem takie wewnętrzne założenie wynikające z obserwacji – dla siebie, że  to pokolenie, którego elity stoją na czele tych dwu plemion jest pokoleniem straconym. Już nic nie zrobimy,  do nich nie dotrzemy, nie skorygujemy ich wzajemnej niechęci. Oni tak egzystują…
Ale, czy to jest spór dwu plemion, czy jednak coś więcej?
To jest spór dwu elit, stojących na czele tych dwu plemion a za nimi jest wyczuwalne poparcie społeczne. Chcę powiedzieć, że elity mają ogromny wpływ na to, jak zachowuje się ich zaplecze. W tym prawicowym środowisku, teoretycznie skupionym w PIS, kilka lat temu  byli ludzie niesłychanie otwarci na imigrację z Afganistanu czy Iraku. Oni, tak jak ja, wiedzieli… myśmy wszyscy wiedzieli, że to wspólna walka i w Polsce mieliśmy ich za towarzyszy broni. Oni, walczyli zbrojnie w Afganistanie i, w związku z tym Moskwie nie było łatwo otworzyć drugi front. Jak słyszę: Afgańczyk, Czeczen, Czeczenia, to ja wiem, że Czeczeni walczyli w Afganistanie. Mam, więc poczucie, że łączy nas autentyczne, głębokie braterstwo krwi. To poczucie było też obecne u wielu tych ludzi, którzy są dzisiaj w obozie prawicy.
Co się stało?
Właśnie… Nagle,  elita przywódcza robi z tej imigracji złowrogie hasło; przekształca wrogość do  niej w swoje narzędzie…
Kolejne narzędzie…
Tak, hasło, które jest narzędziem walki i panowania. To się udziela i przenosi. Z tego punktu widzenia, wpływ elity na zachowania ludzi, którzy jej zaufali, jest naprawdę ogromny. Czy można to cofnąć? Nie, tego się już nie cofnie. To tak zostanie. Dlatego, mam świadomość, że od chwili, gdy te dwie elity wzięły się za szczęki, są w śmiertelnym uścisku, to koniec. Jedyne, co możemy zrobić, to pozwolić im trwać w tym uścisku ze wszystkimi szkodami dla państwa i szukać, czekać na kogoś innego. Gdzie jest szansa? W nowych ludziach z otwartym umysłem, co do których mamy pewność, że możemy z nimi rozmawiać o najbardziej strategicznych kwestiach i sposobach ich rozwiązywania. Ja wiem, dla przykładu, że ani w PO, ani w PIS, nie ma co rozmawiać  o Ukrainie. Zarazem wiem, że potencjalny sojusz gospodarczo-obronny z Ukrainą, to jest po prostu wielkie strategiczne zadanie dla nas, Polaków, które moglibyśmy określić jako nasze szczególne zadanie w ramach NATO. Ale, wie pani… nawet wiedza o tym, czym jest NATO, została zdeprawowana. NATO zostało sprowadzone do swego rodzaju obiektu wiary: Jesteśmy w NATO. NATO nas obroni. Nic głupszego, nic bardziej prymitywnego…
W Artykule 5. Traktatu Północnoatlantyckiego jest, zresztą zapis, odwołujący się do Karty Organizacji Narodów Zjednoczonych, z którego wynika, że NATO udziela pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie, samodzielnie, jak i w porozumieniu z innymi Stronami, działania jakie uzna za konieczne…
Dlatego, nic głupszego nie można wypowiedzieć, niż słowa wiary, że NATO nas obroni. W związku z tym, czy młodzi ludzie, powiedzmy od piętnastego, może szesnastego roku życia są otwarci na to, by przyjąć dobrą wiedzę? Tę normalną, dobrą wiedzę czym jest NATO i się nią kierować? Dlaczego, tak radykalnie mówię o NATO? Dlatego, że ja i inni przywódcy Solidarności jesteśmy tymi, którzy swoimi działaniami wprowadzali Polskę do NATO. Podpisanie umowy, to już formalność. Można powiedzieć: Rządzący nie zepsuli tego… (śmiech)
Chwała Bogu!…
Tak (śmiech). Bo potrafimy zepsuć… (śmiech) To nasze pokolenie wprowadzało Polskę do NATO. W, jakim sensie wprowadzało?  To, kto może być członkiem NATO, dobrze obrazuje prawdziwa historia, którą znamy my, a młode pokolenie, chyba nie do końca. Mianowicie, Vaclav Havel[2], jako prezydent, rozmawiał ze znanym nam Zbigniewem Brzezińskim[3]: –Panie Zbigniewie, czy, jak my wstąpimy do NATO, to NATO nas obroni? Brzeziński odpowiedział: Panie Prezydencie, pytanie jest zupełnie inne. Brzmi: Czy, jak wstąpicie do NATO, to będziecie się bronić? Wtedy Havel powiedział: Rozumiem (śmiech). To jest podstawowe założenie. Do NATO należą te kraje, które chcą się bronić, budują swoją strategię obrony, budują swoje lokalne sojusze na rzecz tej obrony. I, jak już mają wizję tego, jak się bronić, mogą zostać przyjęte  do tego grona. Wtedy, pozostaje nam przyjąć wspólne standardy dowodzenia armią, uzbrojenia, żeby inne kraje wiedziały, jak nam pomóc. Ale! obrona, to sprawa każdego z państw, jego zadanie strategiczne. {Wtedy inne kraje wiedzą, jak je wspierać w ramach Sojuszu}[4] . To jest podejście i rozumowanie, które dziś, w rozmowach o NATO całkowicie zanikło. Czy z młodymi ludźmi można jeszcze o tym rozmawiać? Czy można im to jeszcze raz wyjaśnić? Pokazać? : – Moi Drodzy, teraz mamy naszego strategicznego Partnera, Ukrainę w kłopotach. Siadajmy i rozmawiajmy, jak im pomóc. Ja, ani w PIS, ani w PO nie mam z kim o tej sprawie rozmawiać. Ich, w gruncie rzeczy to nie interesuje. Oni uważają, że NATO nas obroni.
O tym mówił też generał Różański, podkreślając, że bezpieczeństwo, to nie tylko armia. Bo, przecież, jeszcze całkiem niedawno byliśmy dla UE partnerem albo może bardziej łącznikiem w rozmowach z Ukrainą, w toczącym się konflikcie. Można się zastanawiać, co można było zrobić jeszcze lepiej. Ale, jak jest teraz, Pańskim zdaniem? Dalej jesteśmy tym swoistym łącznikiem?
Już dawno nie. Dzisiaj to Niemcy są ich adwokatami w Unii i w świecie.
Wie pani, Ukrainie nie jest łatwo pomóc. Dlatego, że Ukraina ma problem ze swoim rządem.
To prawda…
Czy ten ukraiński rząd chce i wie, jak Ukrainę bronić. To jest dzisiaj moim problemem, bo dzisiaj od prezydenta Ukrainy słyszę: Zróbcie coś! Zrób coś, Europo! Zrób coś, Ameryko! NATO! Bo nam Cieśninę zamknęli! A, ja chciałbym od prezydenta Ukrainy usłyszeć, co On ze swoją armią, ze swoim rządem zamierza robić w sprawie Cieśniny. I wtedy, mogę powiedzieć, czy jesteśmy w stanie  mu w tym pomóc. Jeżeli on odsuwa od siebie tę decyzję, to znaczy, że tu się nie da nic zrobić. Sytuacja jest dramatyczna.
Bardzo cenna uwaga…
Dlaczego, mimo wszystko uważam, że można wiele zrobić i trzeba  pomóc Ukrainie? Dlatego, że tam mamy do czynienia z niesłychanie rozwiniętym społeczeństwem obywatelskim. Wojnę na wschodzie wygrali obywatele Ukrainy. Zanim się prezydent, cały rząd zebrał, podjął jakąkolwiek decyzję, to już kilkanaście, a potem czterdzieści tysięcy ludzi walczyło na wschodzie, Ci pierwsi, zwani dobrowolcami[5] byli wspierani przez organizacje społeczne, które wysyłały im wszystko: Jedzenie, picie, bieliznę, buty, kaski, kamizelki. Wszystko mieli od obywateli. W Ukrainie, odbudowywana jest też społeczność lokalna. Miasta, miasteczka zaczynają się samorządzić. Wiem od nich, że każda wizyta studyjna u naszych władz wsi, miast i miasteczek, to dla nich kolosalny zysk. W ten sposób zapoznają się z Europą. Spytałem żołnierzy na wschodzie o sytuację na froncie, czy młodzi mogliby się bardziej zaangażować, co ze studiującymi w Polsce? Dopytywałem, czy nie uciekają od służby {wojskowej}[6] Odpowiedzieli mi: Tu, ma kto walczyć. Oni, niech się uczą, niech poznają Europę. Ukraina potrzebuje dziś także takich ludzi. Obszar, w którym my, Polacy jesteśmy w stanie im pomagać jest bardzo duży. Ale, jesteśmy już zorganizowanym krajem.  Ja, jak wielu innych mogę tam pomóc w wielu sferach, jednak bez wsparcia swojego rządu, niewiele mogę (gorzki śmiech). Tego wsparcia nie ma.
Powiedział Pan, że Ukraina ma problem ze swoim rządem. Niewątpliwie. Znam kilka osób z Ukrainy. Od nich też słyszę, co się dzieje. W związku z tym, pytanie czy my, w Polsce mamy jakiś problem z naszym rządem, na wielu płaszczyznach, także na tej, skoro powiedział Pan także, że nie ma z kim o Ukrainie rozmawiać?
Mamy problem. To kwestia tych błędów u początku transformacji. Na Ukrainie, obywatele wygrali wojnę na wschodzie – o Charków i Dniepropietrowsk. Miasta potrzebne Putinowi. Ukraińcy je obronili,  Równie dużą aktywność wykazali nasi obywatele w całym procesie transformacji. To było, jak otwarcie pola do wdrożenia pewnej kultury i sztuki rządzenia państwem. Sztuki, polegającej na tym, że to obywatele wiedzą, jakiego typu zadania biorą na siebie, za co odpowiadają. Wiedzą też, że ta wolność, w sposób integralny związana jest z odpowiedzialnością: To Ja, obywatel, odpowiadam. Tymczasem, kolejne rządy mówiły: My to przygotujemy, my to opracujemy, proszę jeszcze trochę czekać. Byli działacze Solidarności, którzy czekali i zastanawiali się, co mają mówić, co mają robić w kwestii reformy PGR-ów. W jaki sposób rząd podejdzie do ich reformy. I się doczekali. Prawie wszystkie zlikwidowano jedną ustawą (śmiech). Obudzili się z przysłowiową ręką w nocniku. Ta sztuka rządzenia polega na tym, że ministrowie, ich eksperci, przedstawiają gotowe oferty, rozwiązania, wprowadzają je ustawą i możemy tylko czekać na kolejne. Wszystkie reformy tak  przeprowadzono. Tymczasem, mało kto zdał sobie sprawę z tego, że, na przykład reforma w służbie zdrowia, to nic innego, jak reforma relacji między lekarzem, a pacjentem. Reforma w oświacie, to zmiana celów i metod nauczania, a za tym idzie reforma relacji między nauczycielem uczniem i rodzicem. To na tym poziomie ma dokonać się zmiana. Reformy edukacji w gruncie rzeczy dokonuje nauczyciel w relacji z uczniem. Nie minister. Z tego punktu widzenia, rola ministra jest zupełnie inna. On wobec uczniów, nauczycieli, wobec szkoły i rodziców pełni rolę służebną, pomocniczą i ma do tego potężny aparat. To wszystko świetnie rozumieliśmy w Solidarności. I, ten dorobek Solidarności, ta kultura, wszystko jak za jednym kliknięciem myszką, zniknęło wraz z niewątpliwie magicznym słowem – transformacja! Powstaje pytanie, czy jesteśmy w stanie wrócić do tej kultury, tamtej sztuki rządzenia? Są dziedziny, w których to już tak łatwo nie pójdzie. Zreformowanie finansowania i zarządzania służbą zdrowia, było możliwe właśnie na początku transformacji, kiedy w nas, obywatelach była gotowość do brania odpowiedzialności za własne życie, za pracę, za wszystko, co nas dotyczyło. Później, jakby spuszczono z nas powietrze, bo o wszystko niemal dba rząd. Czy możemy liczyć, że dziś, w obecnych elitach odrodzi się tamto myślenie o obywatelu, jako kowalu swego losu? Nie, nie ma takiej możliwości. To widać. Skoro, ktoś taki, jak Tusk, który uchodzi za liberała, przyjmuje strategię ciepłej wody w kranie, to mi ręce opadają. Bo rząd i premier nie są od tego, żeby mi mówić: Ja, Ci zagwarantuję ciepłą wodę w kranie. Nie, ja ją sobie sam zagrzeję (śmiech).
Znów, całkowicie się z Panem zgadzam. Ale,  jest druga strona medalu. Powiedział Pan o roli społeczeństwa obywatelskiego, samoorganizowaniu się, organizacjach pozarządowych. Wcześniej, wspominał Pan o KOD. Nie namawiam do otwartej krytyki Jarosława Kaczyńskiego . Muszę jednak zapytać, co powiedziałby Pan mu dzisiaj, skoro  nie tylko działacze KOD, pociągani są za to, co robią do odpowiedzialności, rząd uderza w trzeci sektor, a wielka polityka wdziera się do samorządów? Myśmy się jednak, w kilku obszarach zdążyli zorganizować, choć od dawna potrzebujemy zmian, o jakich Pan mówi. Także powrotu do doświadczeń solidarnościowych.  Czy jednak, w obecnej sytuacji, nie wydaje się to trudniejsze, niż wcześniej?
Tak. Dlatego, że dzisiaj to rozbrajanie nas z odpowiedzialności za siebie, za życie rodziny, posunięte jest jeszcze dalej.
Homo Sovieticus?
Nie. Dla mnie to tylko pewna odmiana autorytarnego, czy wręcz totalitarnego modelu sprawowania władzy.
A, sposób myślenia?
Te autorytarne modele władzy, mają swoje różne odmiany. U nas jest to Homo Sovieticus. Trochę inną formułę ma to w Rosji, w Chinach. Ale, istota i źródło wszędzie jest to samo: Autorytarny, a nawet totalitarny sposób myślenia, tym samym- sprawowania władzy. Musimy zdać sobie sprawę z pewnego fenomenu, który istnieje nie tylko w Polsce : Długo istniało takie przeświadczenie, że demokracja, a ściślej- demokracja liberalna, to model, który ma cechy trwałości. Istniało przeświadczenie, że w ramach tego modelu, jak tylko pojawi się problem, to mamy mechanizmy rozwiązywania go oparte na dialogu. Szukamy przyczyn i dogadujemy się, jak problem rozwiązać. Te drobne, na najniższych szczeblach rozwiązujemy bezpośrednio. Te duże, pośrednio- poprzez  wybory naszych przedstawicieli do parlamentów wszystkich szczebli. Nagle się okazało, że to przestaje działać. Dzisiaj widzimy, że tak, jak deprawują się systemy autorytarne i wyczerpują swoje możliwości oddziaływania, tak i model demokracji liberalnej deprawuje się, wyczerpuje i robi się nieefektywny. Nagle skuteczność w rozwiązywaniu problemów rozłazi się w rękach rządzących. Co jest tego przyczyną? Kiedy dzisiaj patrzę na europejskie elity i na problemy jakie mamy w Europie, mówię, że nie ma w niej przywódców, tym bardziej mężów stanu. Są celebryci. Spotykają się, rozmawiają…i nic. Wie, Pani, dla mnie symptomem, zarazem dzwonem ostrzegawczym, była sytuacja po rewolucjach w Północnej Afryce – w Tunezji, Egipcie, później doszła Libia ze swoimi problemami, Syria. Ale, był taki moment, kiedy dyplomaci z różnych krajów europejskich, obecni w Tunezji, Egipcie i innych krajach regionu, pisali raporty i informowali o tym, że coś groźnego się dzieje: Gangi, przemycające ludzi, przygotowały w milionach egzemplarzy prospekty z informacjami o tym, jakie uchodźca ma możliwości w poszczególnych krajach europejskich, jakimi drogami do Europy docierać, co mówić urzędnikom. Było wiadomo, że szykuje się ogromny, liczony w dziesiątkach mln. eksodus z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy. Nic z tym nie zrobiono. W Europie służby wiedziały o tym pięć, sześć lat wcześniej. Za tym stała jeszcze jedna informacja: Dotychczasowy przemyt tysięcy ludzi, pozwolił tym gangom zarobić miliony. Teraz, przygotowują się, by zarobić miliardy. Co, z tym zrobiono? Nic. To jest dla mnie przykład, który pokazuje, że czas odpowiedzialnych elit politycznych w Europie, dawno minął.  Te obecne, to są celebryci. Żadnego problemu nie rozwiążą. Pyta mnie pani, o to co zatem robić i jak? Jestem gotowy poświęcić jeszcze dużo – czasu, wiedzy, doświadczenia, pod warunkiem, że za działalność społeczną i polityczną zabierze się całkowicie nowe grono ludzi, odpowiednio otwarte na wiedzę, sprawnie posługujące się nowoczesnymi narzędziami komunikacji. Ja, mam z tym problem. Ale, jak widzę młodych, na przykład w Egipcie, którzy potrafią się świetnie porozumiewać, to mi imponują. Pytanie, do czego potrafią to wykorzystać? Czy potrafią się zorganizować, jak my kiedyś? Czy mają jakiś plan, program? Ja, widzę, że mogą to zrobić dziesięć razy lepiej, sprawniej, niż my. Muszą to tylko zacząć robić. Proszę zauważyć, że podobnie mówi Władysław Frasyniuk.
Uprzedził Pan moje kolejne pytanie. Zamierzałam spytać o Władysława Frasyniuka…
Kiedy, proszą Frasyniuka, żeby stanął na czele. On mówi: Dołączę, ale zróbcie to Wy! Ja, też mówię: Zaproponujcie alternatywę, my przyjdziemy, dołączymy! Dlaczego tak mówię? Bo, wy, młodzi nie wiecie, ile to roboty. Ale, jak się już za nią weźmiecie, to zrobicie. My, wiemy, ile to roboty (śmiech). Nasze doświadczenie mówi jednoznacznie: To robota dla ludzi 20+, 30+.
Mam, pewien problem i doświadczenia,  którymi się z Panem podzielę. Otóż, kiedy, ja próbuję coś robić, próbuję poruszyć także moje pokolenie, słyszę najczęściej: Ja się polityką nie zajmuję. Widzę też tendencję do unikania tej odpowiedzialności, o której Pan mówił. Może ze strachu przed odsunięciem przez dane środowisko, na przykład z racji poglądów. Może, to także kwestia strachu przed imigrantami. Zablokowaliśmy korytarze humanitarne  Czy, idea pomagania na miejscu jest realna? Problem uchodźców widziałam już w 2000 roku we Włoszech. Przecież, ci ludzie uciekają często dlatego, by chronić swoje życie. Polacy powinni to rozumieć. Jak, Pan to widzi?
Czy, Europa może przyjąć milion uchodźców? Bez problemu. Ale, jak już się na to zdecydowała, to doświadczenie i wiedza Europy, nakazuje przewidzieć i pogodzić się, że za tym milionem przyjdzie dziesięć kolejnych milionów. Jak się Europa przygotuje, przyjmie i te dziesięć. To są dzieci, kobiety, młodzież. Mają się uczyć, gdzieś mieszkać i pracować. To wszystko można przygotować. Ale, trzeba mieć pełną świadomość, że za tymi dziesięcioma milionami, przyjdzie sto. Czy, te sto milionów ludzi, Europa może przyjąć? Żadną miarą! Wykluczone! Europa zostałaby rozwalona w drobny pył. Wtedy, już nikomu nie pomożemy. Ani sobie, ani im. To byłaby sytuacja gorsza od wojny domowej/niedomowej. Trzeba to wiedzieć i rozumieć. W związku z tym, trzeba przyjąć jakąś strategię. Sytuacja, w której dwa, do trzech miliardów ludzi na świecie, żyje w biedzie, a mamy obszar Europy, gdzie żyje się dostatnio, to wiadomo, że te trzy miliardy kiedyś ruszą. To pokazuje impotencję polityczną elit i błędy minionych lat. Myśleliście, że jesteście w stanie się odgrodzić, mówiąc: „Radźcie sobie”? To się myliliście! To swego rodzaju błąd a nawet prymitywizm intelektualny nakazuje myśleć, że imigranci przybywają do Europy, bo chcą lepszego życia. W jakimś sensie, tak. Ale, dlaczego życie w Europie jest dla nich lepsze? Praca? Zasiłki? Nie tylko! Oni są tu inaczej traktowani. Ja, też poznałem paru imigrantów w Europie. Uważają, że, jeśli nawet są źle potraktowani, to i tak traktuje się ich tu jak ludzi, w stosunku do tego, co mają u siebie.
I, to też jest potrzeba godności…
Oczywiście. Powiedzenie, że oni przybywają do Europy wyłącznie z pobudek materialnych, jest spłyceniem problemu i zaślepieniem. Dlaczego to dla mnie ważne? Tunezja, na przykład przechodzi swoją jaśminową rewolucję, pojawia się szansa na inny model, inną kulturę rządzenia. Europa powinna pytać: Jak wam pomóc w osiąganiu tej innej kultury? Europa ma w tej sferze doświadczenie. Ono jest proste, wiadomo, jak je przenieść. Trzeba tylko mieć świadomość, że dotyczy tej właśnie sfery. Jest jakieś know-how, które my powinniśmy rozumieć. O czym mówię? Tunezyjscy aktywiści, z którymi rozmawiałem, nie mogli uwierzyć, w to, jak działa w Europie model kultury pracy służb celnych. Oni  otwierali szeroko oczy, ze zdziwienia, że tak działa to w Europie.  Pytali mnie, jak to przenieść i wdrożyć  w ich warunkach- te zasady, metody, kulturę pracy, funkcjonujące w Europie. Ja, wiem jak. Ale, nie zrobię tego bez polskiego rządu i bez Europy, w której też funkcjonują różne modele służb i każdy trzeba poznać. Dotyczy to także modelu i kultury pracy służb skarbowych, Policji, całej Służby Cywilnej. Dla przykładu: Tunis. Właściciela małego baru, serwującego kebab i kawę, zapytałem, ile razy w roku przechodzi kontrolę skarbową? Odpowiedział, że osiem, dziewięć razy. Chciałby, żeby po rewolucji, kontrole ograniczyły się do trzech rocznie. Zapytałem, więc go, czy zdaje sobie sprawę, że w Europie są firmy, założone jeszcze w XIX w., zatrudniające nawet kilkaset osób i jeszcze nigdy nie przechodziły takiej kontroli bezpośredniej. Odpowiedział, że nie jest w stanie sobie tego w swoim kraju wyobrazić. Dlaczego o tym mówię? Oni,  potrzebują Europy, która pomoże im pokonać ten gigantyczny dystans kulturowo-cywilizacyjny, który widzimy na tym przykładzie. Tu szukajmy szansy.  Wiemy, jak to robić. Stoimy przed kluczowymi pytaniami, zarazem.  Spójrzmy na Syrię. Dyktatora mają, tak? Ale, przecież to angielski dżentelmen. Z Anglii wrócił. Jego żona też. Nawet w jej ubiorze widać kulturę brytyjską, europejską. Al – Assad[7], lekarz.  Kiedy czytałem, czym się w życiu kierował, myślałem, że trudno wyobrazić sobie człowieka lepiej przygotowanego do rządzenia krajem i wprowadzenia go na drogę reform. Co zatem się stało? W mojej ocenie, zabrakło mu wiedzy i umiejętności myślenia o tym, co w jego kraju jest kapitałem, jakim kapitałem są ludzie/obywatele. To jest właśnie  naszym kapitałem, kapitałem Europy, Anglii z jej Magna Carta. I, co? Wyjechał z Anglii i został krwawym dyktatorem w Syrii. Musiało tak być?  Mógł wykorzystać kulturę europejską w  sztuce rządzenia państwem. W Ukrainie wydałem książkę: Porozumienie społeczne, jako fenomen europejskiej kultury. Ukraińcy  mnie o to poprosili. Chcieli, by pokazać i objaśnić im ten klucz do wielkich reform i zmian w Polsce – Porozumienie społeczne. Starałem się pokazać, że podpisania porozumienia to czas, kiedy wszystkie środowiska, w tym robotnicze, odzyskują poczucie podmiotowości i sprawczości : Teraz my! Teraz  my odpowiadamy za siebie a także za nasze Państwo. Takiego porozumienia zabrakło na Majdanie. Obywatelskiego porozumienia. Chodzi nie tylko o to, że trzeba odsunąć od władzy Janukowycza i nawet nie o to, co rząd ma zrobić. To jest proste. Najważniejsze, czy i jak  obywatele zgromadzenie na Majdanie biorą odpowiedzialność za państwo? Czy mają program swoich działań? Czy i jak się do tego zorganizowali? Te same pytania, dotyczą innych krajów, bez względu na kontynent, kulturę, religię. W Tunezji wygląda to dość dobrze, doszło do porozumienia. Jak pani wie, dostali nagrodę, pokojowego Nobla. Wie pani, jak do tego doszło?
Szczegółów nie znam…
Na miejscu był ambasador Rzeczypospolitej. Jak tylko zakończyły się walki, zadzwonił do Gdańska, do Centrum Solidarności, żeby Lech Wałęsa natychmiast przyjechał do Tunezji. Wałęsa pytał, po co ma właściwie przyjechać, do czego jest potrzebny. Ambasador odpowiedział: Proszę przyjechać i mówić tylko o jednym: Jak Pan się porozumiał z Jaruzelskim (w Tunezji i Egipcie armia zajmuje kluczową rolę w strukturze państwa). Lechu pojechał tam raz, mówił o porozumieniu. Po jakimś czasie, pojechał jeszcze raz i znów mówił o porozumieniu. Gdy, pojechaliśmy tam już jako obserwatorzy wyborów, to nawet w małych mieścinach i wioskach, ludzie oglądali w telewizji wywiad z Lechem Wałęsą[8]. Gdy już wyjaśniliśmy, że jesteśmy Poland, a nie Holland (śmiech), że jesteśmy z Solidarności, to natychmiast ten wywiad wspominali, pamiętali, że Wałęsa mówił o porozumieniu. Porozumienie, które zawarli Tunezyjczycy jest, w moim przekonaniu efektem wytworzenia odpowiedniej atmosfery. To jedyny kraj, w którym reformy, choć z problemami, to jednak jakoś idą do przodu. Jakoś, bo mogłyby iść bardzo dobrze, gdyby Europa, z całym swoim know-how, przygotowała tych ludzi do tego, jak rządzić krajem po społecznej rewolucji, według nowej kultury i zasad wyprowadzonych z uniwersalnej ludzkiej potrzeby godności. Ta potrzeba realizuje się w tym, jak traktują nas inni ludzie. Na ludzi nie mamy wielkiego wpływu. Mamy jednak wpływ na to, jak zachowują się służby państwa i jego urzędnicy. Usługowa rola administracji publicznej, to fundament Europy.
 
Jeśli, Pan pozwoli, na zakończenie naszej rozmowy,  zadam jeszcze jedno pytanie. Jak to się dzieje, że Lech Wałęsa – człowiek znany i doceniany, Autorytet na świecie, jest tak deprecjonowany we własnym kraju? Już Pan do tego nawiązywał. Ale,  śmierć Busha[9] sprawiła, że prezydent Duda zgodził się, by leciał z nim samolotem, były prezydent -Wałęsa. Nie trywializuję. Trudno spodziewać się po jednej podróży, znaczącej poprawy stosunków. Czy, Pana zdaniem istnieje szansa, na wyjście z tej, obecnie patowej sytuacji, w której Lech Wałęsa jest nieustająco oskarżany, odzierany z autorytetu, a jego zasługi są tak przez obóz rządzący umniejszane, czasem wręcz ośmieszane?
Mogę powiedzieć, że to, iż Wałęsa jest dziś przez władzę deprecjonowany, rozumiem jako mechanizmy rywalizacji i walki. Obaj, z Kaczyńskim zaszli sobie za skórę, stali się wrogami. Odwrócenie tej relacji nie jest już możliwe. Chociaż, Kaczyński zdaje sobie sprawę, że, jeśli chodzi o popularność na świecie, to nie tylko On, ale nikt Lechowi Wałęsie nie dorówna. Staram się to wyjaśniać szczególnie młodym ludziom, studentom: Czy, możemy znaleźć przykład drugiego człowieka, który był znany wszędzie na świecie? Niektórzy mówią: Jezus, Jan Paweł II, Prezydent Stanów Zjednoczonych… jednak nie wszyscy o Nich słyszeli. O Lechu w którymś momencie wiedzieli absolutnie wszyscy: W  puszczach Amazonii, w afrykańskiej dżungli, w lodach Arktyki, nie tylko w świecie uniwersyteckim i politycznym. Nie ma drugiego takiego człowieka w historii świata. To jest nieprawdopodobny kapitał polityczny. Trzeba sobie zdawać sprawę, że nazwisko Wałęsy otwierało wszystkie drzwi na świecie. Trzeba, jednak coś wiedzieć. Deprecjonowanie Lecha Wałęsy rozpoczęły nasze liberalne elity, nie Jarosław Kaczyński. To tu pojawiło się hasło: Trzeba zdestruować mit Lecha Wałęsy. Dlaczego? Bo, Wałęsa wypowiada się niezbornie,   języków nie zna, bo to jest robotnik, w dodatku jedynie po szkole zawodowej. To mówiła spora część polskiej elity. W tych zastrzeżeniach widzimy wyraziste wyobrażenie tej elity o tym, co jest pożądaną cechą u przywódcy politycznego i to wyobrażenie nam narzuca. Ja, bym to nawet zaakceptował, ale chciałbym, żeby zdali sobie sprawę z jednego: W polityce, kapitałem, wartością i swego rodzaju pieniądzem jest coś innego. To nie to, czego się u nas oczekuje, co wyraża się w znanym: A,  bumaga u Was jest?[10]. Na świecie: Amerykanie, Niemcy, Brytyjczycy, gdy chodzi o politykę, nie pytają o dyplom. Liczy się CV, czyli co robiłeś, w czym uczestniczyłeś, czym kierowałeś, jak zachowałeś się w kryzysowej sytuacji. Trudno w Polsce w Europie i świecie znaleźć polityka z bogatszym i lepszym CV od Lecha Wałęsy. W Polsce, tę pozycję i rolę Lecha, rozumiał tylko jeden człowiek- Bronisław Geremek. Pytałem go: Bronek, kim Lechu może być? Odpowiadał: Kim zechce. Chce być prezydentem? Może być jednym z najlepszych prezydentów w historii naszego kraju. Chce być premierem? Albo ministrem. Może. Wtedy tylko, powstaje pytanie, kogo, po przyjęciu danego stanowiska ma w zapleczu, z kim pracuje? Elitom i nie tylko nie podobało się to, że taki ich zdaniem prymityw ma władzę. Raz rzucona myśl i poszło. Potem tylko prześcigano się w ośmieszaniu, nie zdając sobie sprawy, że dużo większym wyzwaniem, niż deprecjonowanie,  jest szukanie sposobu na wykorzystanie tego kapitału. Kto wtedy stanął w obronie Lecha i jego kandydatury na prezydenta? Jarosław Kaczyński.  Była druga Postać prawie równa Lechowi. Ją, zdeprecjonowano jeszcze szybciej: Anna Walentynowicz. Oczywistym było, że dojdzie do konfliktu między Lechem, a Anną Walentynowicz. Ale, znalezienie dla obu tych postaci, dostatecznie odległych od siebie sfer działania, aktywności społecznej, politycznej było zadaniem intelektualno-politycznym. Nie wywiązaliśmy się z niego.
Wobec tego, komu przestało zależeć na porozumieniu?  Przecież mówimy o ludziach, którym zależało na Polsce, mieli ten wspólny cel. Można się zastanawiać nad genezą. Ale, ja patrzę także na to, co dzieje się teraz: Wałęsa- Agent!
Kiedy, Jarosław Kaczyński popierał kandydaturę Lecha Wałęsy na stanowisko prezydenta, wiedział wszystko o jego teczce. Nic nowego nie doszło. I, słusznie mu to nie przeszkadzało, bo jasne było, że miał Lech moment jakiejś słabości w czasach, kiedy jeszcze nie było Komitetu Obrony Robotników. Trzeba było sobie radzić samemu. Lech sobie poradził. W którymś momencie umiał zdecydowanie i twardo tę kartę zamknąć. W biografii politycznej bardzo liczą się takie momenty: Miałeś chwilę słabości? Jak sobie z nią poradziłeś? Myśmy, w konspiracji mieli taką zasadę: Jeśli, nigdy bezpieka[11] nie miała cię w swoich rękach, jeśli nie byłeś na przesłuchaniu, nie jesteś „pewny” Ale, jeżeli byłeś na przesłuchaniu, coś nawet podpisałeś, a po wyjściu otrząsnąłeś się, przyznałeś: „Cholera! Złamali mnie!”, czyli umiałeś to zerwać, przełamałeś w sobie strach, to od tej chwili jesteś dużo pewniejszy, niż ten, który nigdy w ich rękach nie był.
  Bardzo dziękuję za rozmowę.
 Podziękowania dla Firmy Bottega del Gusto.
[1] Państwowe Gospodarstwa Rolne
[2] Ostatni prezydent Czechosłowacji. Pierwszy prezydent Czech (przyp. autora).
[3] Doradca ds. Bezpieczeństwa Narodowego USA w czasach prezydenta Cartera (przyp. autora)
[4] Przyp. autora.
[5] Ochotnicy (przyp. autora)
[6] Przyp. autora.
[7] Prezydent Syrii (przyp. autora)
[8] Przyp. autora.
[9] 43. Prezydent USA. W czasie, gdy trwała ta rozmowa , w USA odbywał się jego pogrzeb.
[10]  Rosyjskie określenie pisma urzędowego, dokumentu . Tu: dyplom, potwierdzenie wykształcenia (przyp. autora)
[11] Urząd Bezpieczeństwa PRL

Oczekiwanie

Kolejny tydzień, upływający w pośpiechu i natłoku spraw. Wszystko wydaje się równie ważne i potrzebne. I, zdarza się, że dopiero pod koniec dnia znajduje człowiek chwilę, by niechętnie przyznać, że  nie wszystko zależy od niego, że nie zatrzyma umykającego czasu. Są jednak i takie chwile, w których warto się zatrzymać, oczekując Najważniejszego. To On jest Panem czasu.

Niemal wszyscy, od przynajmniej dwóch tygodni składają sobie życzenia świąteczne: Zdrowia, radości, sukcesów w pracy, ewntualnie pociechy ze współmałżonka i dzieci. W tym zestawie nie może też zabraknąć życzeń zarobienia dużych pieniędzy. W sklepach, nie tylko wielkopowierzchniowych, widać tłumy ludzi, chcących kupić gwiazdkowe prezenty. Coraz częściej zastanawia mnie, ile z tych osób pamięta jeszcze, że owe święta, to niezwykły czas- czas Narodzin Boga-Człowieka. I nie jest to jedynie pamiątka wydarzenia, jakie miało miejsce w Betlejem Judzkim tysiące lat temu. Ja Jestem Bogiem żywym– mówi Pan. Bóg Wcielony- Jezus Chrystus, przychodząc na świat, oddał się człowiekowi, w pełni mu ufając.
Święta Bożego Narodzenia, to czas rodzinnych spotkań, często przy wspólnym stole. Ale, tym razem nie chodzi tylko o biesiadowanie. Wigilia ma swój niepowtarzalny charakter, bo przy stole często spotykają się także ci, którzy od dawna nie potrafią ze sobą rozmawiać. Bo, Bóg przynosi pokój, miłość i pojednanie. Ludzie rozdają je sobie, dzieląc się opłatkiem. Tu, nie chodzi tylko o tradycję, to coś znacznie głębszego, czego można doświadczyć, mając oczy pełne wiary i otwarte serce-  na radość spotkania Boga, także w drugim człowieku. On nie przychodzi jedynie do tych, którzy w Niego wierzą. Decyzja radosnego oczekiwania, a w końcu przyjęcia Niezwykłego Gościa, jest zawsze po stronie człowieka.   Życzę zatem, radosnych, pełnych pokoju i nadziei Świąt Narodzenia Pańskiego.

O… godność

 O sobie mówi : Ja, elektryk z Ursusa. Opowiada o czasach trudnych, ale ważnych dla Polski. O, czasach, kiedy Polacy chcieli ze sobą rozmawiać, kiedy łączył ich wspólny cel. Co zostało dziś ze spuścizny Solidarności- niezwykłego ruchu reformatorskiego, w szeregach którego było dziesięć milionów ludzi? To pytanie warto stawiać zwłaszcza dziś, w 37. rocznicę wybuchu stanu wojennego. Może się okazać, że odpowiedź pomoże zrozumieć problemy współczesnej Polski i doprowadzi do dialogu w podzielonym społeczeństwie.

 Pierwsza część rozmowy ze Zbigniewem Bujakiem- działaczem opozycyjnym w okresie PRL, współzałożycielem NSZZ Solidarność w ZM Ursus w Warszawie, przewodniczącym Regionalnej Komisji Wykonawczej Regionu Mazowsze NSZZ Solidarność, Uczestnikiem obrad Okrągłego Stołu, Posłem na Sejm II kadencji, autorem książek i nauczycielem akademickim. 
Laura Jurga: Jesteśmy w Warszawie- Ursusie. Zdałam sobie z tego sprawę po tym, jak zgodził się Pan na tę rozmowę. Ale nie wierzę w przypadki.  Czy to okazja do wspomnień? Powspominajmy. Ja byłam dzieckiem, choć sporo pamiętam, także ogłoszenie stanu wojennego. Minęło trzydzieści siedem lat. W Ursusie się zaczęło? Co powiedziałby Pan dzisiaj młodym ludziom o tamtych wydarzeniach? O co walczył Pan i Pańskie pokolenie?
Zbigniew Bujak: Ja, tylko tytułem wstępu powiem, że zacząłem rozumieć, dlaczego właśnie tu mamy nasze spotkanie, choć zastanawiałem się, czemu tak daleko od stacji, bo to jednak obrzeża…. (śmiech). Ale, to prawda- Ursus, z wielu punktów widzenia jest ważnym miejscem. Dlaczego, ważnym dla mnie? W losie Ursusa, jak w soczewce skupia się los, a także przebieg polskiej transformacji. Tu, obserwowaliśmy wszystko to, co wtedy poszło nie tak i wszystko to, co można było zrobić stokroć lepiej.
A, co poszło nie tak?
Mam nadzieję, że wyjdzie trzeci tom historii  Ursusa. Dwa już są Wierzę, że to pozwoli zobaczyć całą historię polskiej transformacji, przez pryzmat Ursusa.[1] Jak się nasza działalność zaczęła? Ci, którzy tutaj zaczynali,  teoretycznie mieli jakąś inspirację wyniesioną z domu. Mogę powiedzieć, że nasz dom był domem żołnierza AK. Ojciec był łącznikiem i instruktorem strzeleckim w oddziałach Antoniego Hedy- Szarego. Uczestniczył, między innymi jako łącznik, w różnych akcjach bojowych. Moi dwaj najstarsi bracia- Stasiek i Romuald, już jako kilkuletni chłopcy, tajną pocztę partyzantom do lasu przynosili, przynosili im też żywność. Ale, to wcale nie wyjaśnia zaangażowania setek innych osób. Było mnóstwo innych, którzy też się angażowali mimo, że nie mieli takiego back groundu. Co jeszcze angażowało nas w działalność w Ursusie?  To wiedza i świadomość tego, jak wygląda Zachodnia Europa. Ta wiedza była wtedy bardzo skromna. Wiedzieliśmy też jak wygląda Ameryka czy Kanada. To były czasy, kiedy sporo było już wiadomo, bo w latach 70. Gierek trochę otwarł nam granice.
Gierek zrobił swoje…
Ludzie jeździli do pracy w Szwecji, trochę też do Stanów i Kanady. Część miała tam swoje rodziny. Już wtedy widzieliśmy, że są regiony, gdzie ludziom żyje się lepiej, mają ładniejsze domy, na przykład w jakiejś małej mieścinie lub wiosce na południu Polski. Jak to możliwe? Okazało się, że mieli rodzinę w Ameryce lub Kanadzie. Wystarczyło kilkaset przysłanych dolarów. To były wtedy spore pieniądze. Krótko mówiąc, wiedzieliśmy, że świat funkcjonuje inaczej, że funkcjonuje w innym systemie politycznym, który jest efektywniejszy, lepszy. W nas rodziło się pytanie i marzenie o tym, że chcemy tak samo. Wiedzieliśmy, w każdym razie, że z naszym systemem coś trzeba zrobić. Wtedy też, w końcu lat 70. do Ursusa przyjeżdżały maszyny, które miały być instalowane w naszym, jak mówiliśmy : Nowym Zakładzie. Chodziliśmy na halę oglądać, jak te maszyny są opakowane. Już opakowanie pokazywało,  z jak inną, o ile wyższą kulturą i cywilizacją mieliśmy do czynienia. Czy, pani wie, że w domach wielu warszawskich robotników, techników czy inżynierów, pracujących w Zakładach, pojawiały się w tamtym czasie parapety, meble, czasami nawet podłogi z egzotycznego drewna- mahoniu. To nie był materiał budowlany, tylko najczęściej rozbiórkowy z tych opakowań, palet. Z tych odrzutów, robiono „luksusowe” rzeczy.
Pamiętam…
Wyglądało to naprawdę luksusowo… To wszystko było sygnałem, że Europa, cywilizowany świat nam ucieka. To była niesamowita inspiracja, napęd do działania. Widać było cel.
Wspomniał Pan Gierka, który wprowadzał Manewr Gospodarczy. Jesteśmy w przededniu rocznicy wydarzeń grudniowych 1970.  Nie da się tego pominąć. Żyło się trudno. Podwyżki cen. To wszystko dotyczyło codziennej, ludzkiej egzystencji. Ale, czy chęć poprawy warunków bytowych była  głównym motorem zmian?
Powiem tak: Zarówno w  roku 1970, 1976, jaki w 1980, poszło o kiełbasę, czyli podwyżki cen. To prawda był to, jednak  w pewnym sensie pretekst. Przysłowiowa iskra, która wywołuje jakiś rodzaj buntu. To nawet dość banalne. Ale, jeśli bunt wybucha, to stoją za nim poważne oczekiwania o charakterze godnościowym. Na czym to polega? Wrócę do tych, oglądanych przez nas zachodnioeuropejskich maszyn. W elektrociepłowni mieliśmy już wówczas nowoczesne, elektroniczne systemy sterujące. Sporo, więc wiedzieliśmy, jak to funkcjonuje na Zachodzie. W każdym zakładzie pracy, które  wówczas w większości były zbrojeniowe, funkcjonowała arystokracja robotnicza. To byli wybitni fachowcy, potrafiący dokonywać cudów. Mogę to zobrazować przykładem wypolerowanego kawałka żelaza, które jest jak idealnie gładkie lustro (śmiech). Gdy padnie na nie kropla wody, opada zupełnie jak kropla rtęci, nie utrzymując się na powierzchni. Byli ludzie, pracujący w narzędziowni. Wiedzieli, że mogą  zrobić narzędzia porównywalne jakościowo z tymi zachodnimi. To była świadomość, że jesteśmy w stanie dorównać swoimi umiejętnościami, możemy się mierzyć. A, to jest przecież kwestia godności, ambicji, kwestia tego, kim jestem i co robię w swoim życiu. My, fachowcy, patrzyliśmy na nasz produkt finalny, porównując go z zachodnioeuropejskim i zastanawialiśmy się: Cholera, po co te nasze umiejętności?!? (śmiech) Jak one są wykorzystywane? Od razu było dla nas jasne, że to kwestia systemu. To przeżywali robotnicy, ale także inżynierowie czy naukowcy… Wiedzieliśmy, że dorównujemy, ale systemowe rozwiązania powodują, że na koniec wychodzi jakieś prostactwo…
Dorównujemy, ale nie mamy jak tego pokazać, nie rozwijamy swoich możliwości…
Tak. To była główna motywacja do tego: zróbmy coś. Tu potrzebny był właśnie ten impuls. Podwyżki pokazały, że nie ma systemowych zmian. Są jedynie najprostsze mechanizmy: cena. Władza miała deficyt, podnosiła ceny. My, wiedzieliśmy, że to nie jest rozwiązanie dla kraju. Byliśmy przywiązani do systemu moskiewskiego, do realnego socjalizmu, razem z RWPG[2]. Wiedzieliśmy, że politycznie, na zmianę systemową nie ma tu miejsca. Próbowali Węgrzy. Przegrali, płacąc krwią i życiem. Próbowali Czesi, nic nie wyszło. Próbowali Niemcy. Myśmy już w latach 70., dzięki opozycji demokratycznej sporo wiedzieli o różnych buntach. My, próbowaliśmy w 1956 i 1970. Wiedzieliśmy też, że wyrwanie się z tego systemu nie jest łatwe. W związku z tym, w tyle głowy mieliśmy pytanie: Czy można się w tym systemie odnaleźć i coś pozytywnego robić? Opozycja demokratyczna próbowała na nie, na różne sposoby odpowiedzieć. Jedni mówili: Nie ma innego wyjścia, potrzebna jest niepodległość. No, dobrze ale co tu można robić, jak marzyć o niepodległości, skoro pięćset tysięcy sowieckich żołnierzy stacjonuje w Polsce, a dwa… trzy razy tyle jest ich dookoła naszych granic . Rodziło się, więc wtedy myślenie organicznikowskie, wynikające z wiedzy o przeszłości: W XIX w., w poznańskim, praca organiczna kwitła. Tam próbowano coś robić- budować polski przemysł, rozwijać działalność. I tak, myśmy się zastanawiali, co możemy zrobić. Mieliśmy świadomość, że żyjemy w systemie, w którym obecne są baraki obozowe. Ale polski barak był najweselszy, było tu najwięcej swobody, szukaliśmy więc możliwości działania. Tu, ważna rzecz: Zarówno w środowisku KIK[3], jak i niekomunistycznej lewicy, np. KOR[4],  w latach 70. , zastanawiano się skąd może wyjść impuls, uznano, że są to środowiska klasy robotniczej.
Dlaczego?
Tamta władza sama siebie uznawała za władzę robotniczą i tak o sobie mówiła. Zatem, jak robotnicy pokażą im tak zwany środkowy palec, to koniec. Koniec ich legitymizacji. Uznano, zatem, że jak tylko w środowiskach robotniczych coś zaczyna się dziać, trzeba im pomagać. Stąd też wzięła się idea pomocy strajkującym, pomocy przywódcom strajków. Zwłaszcza wtedy, gdy byli wyrzucani z pracy. Powiem Pani, że wtedy utrata pracy postrzegana była jak koniec świata: Co tu robić? Praca wszędzie była koncesjonowana, służby specjalne nad wszystkim czuwały, więc, jak ktoś był raz wyrzucony z pracy z powodów politycznych…
Nie miał innych opcji…
Nie było opcji. Może były jeszcze jakieś szanse w środowiskach inteligenckich. Ale, w robotniczych zamykał się człowiekowi horyzont. Stąd, ważna była dla nas informacja, że KOR jest po naszej stronie barykady, gotowi pomóc. Z tego punktu widzenia, Komisja Interwencji, zorganizowana przez Zofię Romaszewską i jej męża , Zbigniewa Romaszewskiego, nie była dla nas tylko hasłem. To, były realne działania: Prawnicy, zbiórka pieniędzy. To, dawało nam pewność siebie. Trzeba wiedzieć, że dla systemu komunistycznego czy parakomunistycznego, zakład pracy był rodzajem świątyni…
Dlaczego, mówi Pan o systemie parakomunistycznym?
Bo, to nie był komunizm taki, jak w Rosji. A, już na pewno nie taki, jak głosiła to idea jego twórców. Posługiwano się tylko pewną nazwą, dla skądinąd sprawnego systemu autorytarnego. U nas, mówiło się właściwie o realnym socjalizmie. Po to, by posługiwać się terminami, zrozumianymi na Zachodzie. Tam byli socjaliści, socjaldemokracja, więc to było bardziej strawne.
Tak…
W Ursusie wiedzieliśmy już, że skoro w świątyni wybucha bunt, to jest to koniec tej parareligijnej władzy. To budziło też pewien rodzaj zachwytu w środowiskach inteligenckich, że ci Robole, tak dobrze rozumieją, o co chodzi (śmiech)… Mieliśmy wysoką świadomość tego, czym był PRL, co się działo.
Właśnie. To był chyba fenomen. Szukaliście jedności. Wspomniał Pan o KIK-u, działaniach KOR-u. Nie koncentrowaliście się wtedy na różnicach, a na tym, co łączyło. Był wspólny cel? Godność? lepsze życie? Coś jeszcze?
Uważam, że KIK i KOR, to jeden z najciekawszych momentów w historii naszego kraju, tym samym w historii Solidarności. Wszystkie czyny niepodległościowe w Polsce, związane były z elitą intelektualną kraju. Tamte elity jednak z ogromną nieufnością podchodziły do zakładów pracy, środowisk robotniczych, chłopskich…
Z czego ta nieufność wynikała?
Panowało przekonanie, że są to środowiska skażone antysemityzmem, postawą antyinteligencką. Uważano, że to jest ten ciemnogród, którego trzeba się bać, że to jest czerń, tłuszcza, która może ruszyć, wszystko zniszczyć, a przede wszystkim nic nie rozumie z tej  trudnej sytuacji, w jakiej był kraj. Dlatego, pojawienie się w latach 70-tych myśli, że to w tych środowiskach są potencjalne możliwości skutecznego buntu, skutecznej zmiany, było nieprawdopodobnym przewrotem. Mogę tylko powiedzieć, że kiedy się już zaczęła transformacja, okazało się, że był to przewrót chwilowy. Nie miał kontynuacji. Wraz z rozpoczęciem transformacji, wróciliśmy do starego myślenia. Znów pojawiło się myślenie o robolach, którzy nie rozumieją, że muszą być bankructwa, że muszą stracić pracę, że muszą sobie sami radzić. Nagle wszystko wróciło do powiedziałbym, postfeudalnego myślenia, które stało się jedną z największych barier sensownej transformacji. Podobne problemy pojawiały się, w zasadzie w każdej polskiej rewolucji: Kościuszko robi krok do przodu, wzywa do uwłaszczenia chłopów, wie, że udział w walce o swoje państwo, daje podmiotowość, moc i siłę. Co się okazało? W efekcie, zostało to zbojkotowane przez środowiska szlacheckie, arystokratyczne…Feudalna mentalność zawsze zwyciężała.
To prawda, chyba nienajlepiej wyciągamy wnioski z własnej historii. Ale wróćmy, proszę do głównego wątku…
Dodam, że gdy środowisko robotnicze zyskało już uznanie wśród inteligencji , pojawia się solidarność międzyśrodowiskowa. Siły nasze się łączą. Mam pełną świadomość, że stanowię siłę polityczną, ale potrzebuję jeszcze wsparcia intelektualnego. Bez tego nie dam rady. Dlatego, słucham, co ma do powiedzenia Olszewski, Mazowiecki, Geremek, Kuroń, Michnik i inni. W tej atmosferze, podczas strajków rodzi się koncepcja wolnego związku zawodowego. Ta myśl wybucha fenomenem Gdańskiego Porozumienia, postulatem 1.: Prawo do wolnych związków zawodowych. Wiemy, że żyjemy w systemie, którego nie możemy zmienić, że nie możemy wybić się na niepodległość ale w tym strajku wygrywamy coś dla siebie, wygrywamy zadanie dla nas – obywateli. Chcemy utworzyć wolny związek zawodowy i tym samym zrobić coś w tym systemie, co będzie go odmieniać. Mieliśmy świadomość, że jest to praca organicznikowska na przyszłość, dająca w efekcie wolność i niepodległość.
Wolny Związek Zawodowy Solidarność…
Tak. To było zadanie dla nas. Nie dla rządu, nie dla parlamentu. Dla nas.
Kiedy zaczęliśmy rozmowę, powiedział Pan, że oddziela to, co jest polityką od walki o władzę. Chcę zapytać o to, co dziś dzieje się w naszym kraju? Dostrzega Pan pewne analogie? A, może ich nie ma? Powiedział Pan także o tym, że wtedy słuchaliście się wzajemnie : robotnicy, inteligencja. Dziś mamy podzielone społeczeństwo. Mam wrażenie, że właściwie nie rozmawiamy ze sobą, że się nie słuchamy. Powiem więcej: Mam wrażenie, że mentalnie żyjemy w dwóch światach. Jakby istniała alternatywna rzeczywistość. Jak zacząć ze sobą rozmawiać? Zwłaszcza, że, w moim przekonaniu, między innymi dialog stworzył podwaliny dla fenomenu Solidarności. Jak do tego wrócić? Jak znów mieć wspólny cel?
Gdy spotykało się kierownictwo Solidarności, przedstawiciele poszczególnych regionów, referowali, co u nich słychać. Dzięki temu Mazowsze wiedziało, co dzieje się na Śląsku czy Wybrzeżu. Ci z Wybrzeża dowiadywali się, co dzieje się na Górnym i Dolnym Śląsku, czy w Lublinie. W tym sensie, słuchaliśmy się wzajemnie, budując świadomość odpowiedzialności za kraj. To, co dla mnie jest dziś szokujące, co się zmieniło, to podejście do organizowania się. To fenomen, który obserwuję nie tylko w Polsce. Obserwuję go też, na przykład w Egipcie, Tunezji, czy na Ukrainie. Kiedy my zaczynaliśmy, było podstawowe pytanie: Kto tym pokieruje? To było ważne, dlatego, że za tym kryła się odpowiedzialność: Kierujesz, to znaczy: słuchasz innych, podejmujesz decyzje i za te decyzje odpowiadasz. Nawet, jeśli grozi to więzieniem lub bezrobociem. Dlatego, być może nie było tylu chętnych do tego przewodzenia (śmiech). Ale to była pierwsza rzecz, jaką ustalaliśmy. Pierwsza decyzja, jaką mieliśmy do podjęcia na spotkaniu delegatów z różnych regionów kraju 17 września 1980, to wybór Lecha Wałęsy. Powiedzieliśmy: Lechu, jesteś naszym Szefem dlatego, że taka jest nasza wola. To my o tym zdecydowaliśmy. Wiedzieliśmy też, że potrzebne są nam jakieś zasady, regulamin, statut. Decyzja o pisaniu statutu zapadała już w pierwszych godzinach działań. Podejmowaliśmy ją w ZM Ursus już 4 czerwca. Statut tworzył  powołany do tego zespół. Dziś, nie tylko w Polsce słyszy się o kierownictwie zbiorowym. Tyle, że zbiorowo można podejmować słuszne i mądre uchwały. Natomiast odpowiedzialność zbiorowa, to żadna odpowiedzialność.
Zgadzam się, nie ma odpowiedzialności zbiorowej
Obserwowałem ten mechanizm także na Majdanie, gdzie ludzie podejmowali naprawdę świetne decyzje, ale nie miał kto tego pociągnąć dalej, nie było nikogo, kto odpowiadałby za ich realizację. A to przekłada się na sztukę rządzenia państwem i zarządzania instytucjami. To widać także w Polsce, a spektakularnym tego przykładem jest to, co stało się z OFE. Podjęto zbiorową decyzję o utworzeniu pewnego modelu systemu emerytalnego, uchwalono ustawę, a właściwie instrukcję sejmową, jak to powinno działać ale, gdy okazało się, że działa żle, nie było odpowiedzialnych.
Tak, to dobry przykład. Ale, ja mówiąc o tej odpowiedzialności zbiorowej, odwołałabym się również do sytuacji, w której obecny rząd starał się zastosować ten mechanizm wobec sędziów, łamiąc przy okazji Konstytucję, bo sędziowie są nieusuwalni.
Tak, ale to, w mojej ocenie jest już skutek złych decyzji, podjętych na początku. Arystoteles mawiał, że początek, to połowa całości. Ja, dzisiaj obserwuję, że  nasze problemy społeczne biorą się także stąd, że nie podejmujemy decyzji, gdy czas i sytuacja tego wymaga.
Ale, to przenosi się na różne sfery życia- również relacje międzyludzkie. Widać ten problem także w wielu organizacjach.
Tak. Widzę to, na przykład podczas marszów KOD-u. Tam idą wszyscy. Ale, co nas łączy? Jeśli ma nas łączyć jedynie nienawiść do PIS-u, to ja dziękuję. Dlatego, choć przyglądałem się, jak to funkcjonuje, byłem na wiecach, to powiedziałem sobie, że ja w czymś takim nigdy udziału nie wezmę. Mało tego! Wspomniałem o tym, że w naszych działaniach potrzebowaliśmy intelektualistów. Jedną z pierwszych rzeczy, jakiej nas uczyli było to, na czym polega mowa nienawiści. Słyszałem ją właśnie na marszach KOD-u (śmiech) pod adresem ludzi, którzy jeszcze niedawno byli w jednym obozie. Tak się nie da. W związku z tym, obecna sytuacja przypomina mi kalejdoskop: Mnóstwo różnych elementów zrzuconych razem. To wszystko się kręci i z każdym ruchem/zdarzeniem obraz się zmienia i wciąż kręcimy tym kalejdoskopem licząc, że coś trwałego się ułoży. Nie ułoży się. To jest cecha obecnego systemu stworzonego przez tych, co przyszli po nas. Przed laty łączyło nas to, że mogliśmy rozmawiać, na przykład z KPN-em. Dlaczego? Był bardzo odległy, strategiczny, wspólny cel: Niepodległa, samorządna wolna Polska, wolnorynkowa gospodarka. To były pewne hasła, które nam tworzyły obraz Polski dalekiej przyszłości. Wiedzieliśmy, że do tego celu możemy iść różnymi drogami, ale zmierzamy w tę samą stronę. Dziś brakuje kogoś, kto powie o tym wspólnym celu, o tym, że możemy do niego zmierzać razem, różnymi drogami. Tej umiejętności brak nie tylko u nas. Nie było jej też w czasie, chociażby Arabskiej Wiosny.
Wróćmy do tematu KOD-u. Powiedział Pan o tym swoistym paliwie, za jakie można uznać nienawiść do PIS. Ja też  się z tym nie identyfikuję. Ale, od przynajmniej dwóch lat widzę i rozumiem, że nie chodzi o to, że opozycja po prostu nie lubi PIS. Jeśli, nie lubi to ma powód. Ja, mam wrażenie, że jeszcze niedawno mieliśmy wspólne cele, chociażby wolność, wspomniany wolny rynek i wstąpienie Polski do UE.  Można dyskutować, jak były realizowane, nie ma idealnych ekip.  Ale, dziś chyba nie chodzi tylko o brak dialogu. Może trzeba nazwać rzeczy po imieniu, mówiąc, że kraj nie jest po to, by się na nim dorobić, zniszczyć i pójść dalej. Wolne sądy, wolne media, trójpodział władzy. Przecież myśmy to mieli. Pan razem z innymi o to walczył. Symetryzm nie może tłumaczyć tego, co się dzieje, nie chodzi o to, że ci robili to, ale tamci też albo byli gorsi. Tak, jak jest jeszcze nie było.  Przecież to są pryncypia. Konstytucja. Napisał Pan na jej temat książkę.  Teraz  wszystko ewidentnie się chwieje. I co?
Widzi, Pani… ten symetryzm coś tłumaczy, jest pewną tezą, jak z tego wychodzić, a przynajmniej pewną diagnozą. Wspomniałem, że lubię Arystotelesa. Jak się na początku zrobiło błąd, trudno potem z niego wychodzić. To nie dlatego, że nie było wiedzy, i że błąd był konieczny (śmiech). Zabrakło wyobraźni, zabrakło woli, poszło się najprostszym odruchem. Nikt nie zastanowił się nad konsekwencjami. Moglibyśmy omawiać to na wielu przykładach, ale zatrzymajmy się na tej kluczowej kwestii – wymiaru sprawiedliwości. W Solidarności działało Centrum Obywatelskich Inicjatyw Ustawodawczych. To był Zespół, który skupiał stu najwybitniejszych prawników w kraju, trzystu innych pozostawało do dyspozycji  w różnych zespołach. Opracowany został projekt reformy wymiaru sprawiedliwości i ustawodawstwa. W mojej ocenie, był to najlepszy projekt w historii Rzeczypospolitej, ale też Europy i świata. Stoją za nim ogromne zasoby ludzkie. Ministrem sprawiedliwości, wraz z objęciem rządu przez Solidarność, powinien zostać szef tego Zespołu, świetny fachowiec. Wtedy mógłbym spać spokojnie, wiedząc, że zadanie jest w dobrych rękach. Bo Zespół przygotowywał się do niego  dziesięć lat.  Jednak, po decyzji personalnej, w ramach koalicji, utworzonej zresztą przez Jarosława Kaczyńskiego, ministrem zostaje Bentkowski z ZSL. Jego zadaniem było  przede wszystkim utrzymanie status quo, żeby nie było radykalnych zmian, zwłaszcza personalnych.  Zespół, z całym dorobkiem został na lodzie. Wykorzystuje się poszczególne projekty ustaw jako inspirację, pojedyncze osoby bierze się na jakieś stanowiska. Ale to tak, jakby pani z solidnego muru wyjmowała pojedyncze cegły… , zadaję sobie pytanie: Jak to było możliwe, że ten , dziesięciomilionowy ruch Solidarności stworzył fenomenalny Zespół przygotowany do naprawy systemu. Następnie ten dziesięciomilionowy ruch, powołuje swój rząd, a ten jednym posunięciem personalnym rozwala cały ten dorobek w drobiazgi?  Niektórzy, pewnie powiedzą, że niecały. Ale to już dziurawa konstrukcja, która od początku się wali. Do tego dochodzą kolejne „decyzje”, które mnie – mówię to z pełną świadomością i złośliwością – są znane. Ja, elektryk z Ursusa wiem, że tak nie wolno prowadzić studiów prawniczych, jak to zrobiono w 1990 roku. Uczelnie pozostawione są same sobie, kraj potrzebuje prawników. Przyjmujemy, więc na te studia tysiące studentów – komercyjnie, półkomercyjnie byleby wziąć od nich pieniądze. Nie sprawdzamy predyspozycji, tworzymy bałagan w sytuacji, kiedy mamy modele: niemiecki, ja cenię sobie brytyjski, amerykański. Ja, elektryk z Ursusa, nie słyszałem żadnej debaty, na temat tego, jaki model kształcenia przyjmujemy. Już wtedy, nie dziś, widziałem, że pozostaje i króluje w edukacji prawniczej moskiewska szkoła prawa. Cokolwiek to znaczy. A to, znaczy dużo.
 Co to znaczy? Jaki To był model?
To totalna kazuistyka. To nieustająca lawina ustaw. I to nazywa się pozytywizmem prawniczym. W istocie to, owoc gwałtu, jakiego szkoła moskiewska dokonała na niemieckim pozytywizmie prawniczym. Ja, elektryk z Ursusa trochę znam niemiecki pozytywizm prawniczy i to, co zrobiła Moskwa nie ma z tym nic wspólnego. My, w gruncie rzeczy wciąż kontynuujemy moskiewski model. Jak z tego wyjść? Dziś z tymi „politykami” się nie da. Bo już stoimy po dwóch stronach barykady? Czy ktoś, w PIS lub PO rozumie te kwestie na tyle, by o nich rozmawiać? Nie. Przyglądam się dziś, czy ktoś nowy się pojawi i mnie, obywatelowi wykaże, że te kwestie rozumie i wie, jak ten stan zmienić. W Nowoczesnej też nikogo nie widzę. Mimo, że są tam prawnicy, którzy na początku robili dobre wrażenie.
Przyjmuję to, co Pan mówi i w dużej mierze się zgadzam.-Jestem też nauczycielem akademickim. Widzę nieprawidłowości. Nie od dziś i nie od dwóch lat. To jasne. Także w edukacji dzieci niepełnosprawnych. Jest sporo do zmiany. Ale rozwój jest procesem. Do czegoś dążymy. A, może już nie? Mam pewien niepokój. Wspomniał Pan o rozmontowywaniu całości. Mam wrażenie, że to trwa.  Myślałam, że Pańskiemu Pokoleniu chodziło o to, by żyć w miarę normalnie. Pytanie, czy my wciąż się rozwijamy i do czegoś dążymy, czy mamy regres? Jak Pan to widzi?
Jak już mówimy o tych straconych sytuacjach, to mam nadzieję, że napiszę książkę o społecznej historii Solidarności. O tym, czym ona była, o jej istocie…
Czym była Solidarność?
Były takie badania socjologiczne, które pokazywały, ile w tych dziesięciu milionach członków jest ludzi aktywnych. Okazało się, że ponad milion. W naszym regionie do Solidarności należało ponad milion, a aktywnych było ponad sto tysięcy. Co ci ludzie robili? Wszyscy zajmowali się projektowaniem reform w swoich dziedzinach. Myśmy w zasadzie nie ruszyli tylko Wojska i Policji. Chociaż też debatowaliśmy, co zrobić z tym w przyszłości. W okresie Solidarności powstały projekty reform wszystkich dziedzin życia publicznego, było blisko tysiąca porozumień branżowych, regionalnych, lokalnych. W postulatach zawarte były kwestie socjalne, ale też postulaty i rozwiązania systemowe. Wiadomo było, co chcemy robić. Był projekt reformy finansowania służby zdrowia, ocierający się o geniusz. O jego autorze, Jerzym Moskwie, nie przeczytamy nawet w Encyklopedii Solidarności. To pokazuje skalę zapomnienia. Ruch reformatorski, który tworzyła rzesza ludzi,  miał swoje pięć minut. Czy, cokolwiek w Polsce z tamtej atmosfery możemy wziąć? Zainspirować się? Uruchomić to na nowo? Mam wewnętrzne przekonanie, że tak. Dlatego, jak mi pani proponuje rozmowę na te tematy, biegnę, bo chcę każdą taką możliwość wykorzystać. Odwołujemy się do Żołnierzy Wyklętych, Niezłomnych. Ja to rozumiem, doceniam, trzeba ludziom przywrócić pamięć i porozmawiać także o tych, którzy są problemem. Bo byli tymi, którzy walczyli o wolność, a jednocześnie bandytami. Jak o tym rozmawiać?
Otóż to!
Powinniśmy rozmawiać, bo to dla nas ważne. Ale, na Litość Boską! Nikogo na świecie nasi Niezłomni nie interesują! Co ich interesuje? Doświadczenie solidarnościowe.
[1] Zakłady Mechaniczne „ Ursus”
[2] Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej
[3] Klub Inteligencji Katolickiej
[4] Komitet Obrony Robotników

Podziękowania dla firmy Bottega del Gusto

Chaos kontrolowany? 100 lat, Moja Polsko!

Upłynęło ponad trzydziesci lat od chwili, gdy jako mała dziewczynka, w czasie pielgrzymki polskich dzieci do Lourdes, recytowałam dla Polonii Francuskiej, „Modlitwę” Juliana Tuwima. Dopiero dziś- w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, zdałam sobie sprawę, jak ważna była to chwila i jak  niezwykle aktualne stały się znów słowa Polskiego Poety.

Stałam na środku niedużej sali, ubrana w sukienkę z falbanami w biało-czerwone i niebieskie kwiatki. Nie przypadek.  Ktoś podał mi mikrofon. Zaczęłam recytację. Dlaczego właśnie dziś przypomniałam sobie tamte dni? Nie do końca wiem. Mózg i zakamarki ludzkiej pamięci, to wciąż nieodkryta tajemnica. Ale z tamtych dni pamiętam także, że mnie- małą wtedy dziewczynkę francuskie kobiety całowały w rękę. Byłam zawstydzona, nie rozumiałam. Dziś rozumiem. Rozumiem, że duma z Polski nie może być mierzona wielkością  i ilością  stawianych pomników, sztandarów, czy mniej lub bardziej patriotycznych napisach na koszulkach. Patriotyzm nie może być utożsamiany z nacjonalizmem, a pamięć o bohaterach nie może być wybiórcza. Jako Naród, wciąż nie potrafimy różnić się pięknie. Wciąż nie potrafimy sprawić, by kwieciste przemówienia znalazły odbicie w rzeczywistości. Bo, jak rozumieć wystąpienie Prezydenta RP, który w setną rocznicę odzyskania niepodległości, wzywa Polaków do jedności, wspólnego świętowania, ustawiając Przewodniczącego Rady Europejskiej-Donalda Tuska w czwartym, ledwo dostrzegalnym rzędzie? Jedność ? Polska Racja Stanu? Nasz dom z cmentarza podźwignięty.
Ziemi, gdy z martwych się obudzi
I brzask wolności ją ozłoci,
Daj rządy mądrych, dobrych ludzi,
Mocnych w mądrości i dobroci.
Marsz Niepodległości? Jak to możliwe, że rząd polski negocjuje z narodowcami?  Część owego marszu, gdzie nie brak uczciwych patriotów, ruszyła dumnym krokiem w kierunku Mostu Poniatowskiego. Spotka się z  włoską, faszystowską  organizacją Forza Nuova. Polski ONR też nie kryje swoich poglądów. Dwa marsze w Warszawie. Jakby Prezydent, mimo wcześniejszych zaproszeń, chciał się od narodowców jednak zdystansować.  Jeszcze wczoraj na ulicach mojej Warszawy były czołgi. Pamiętam je ze stanu wojennego. I po latach pytam, czego boi się władza? Odrobina kwasu zakwasza całe ciasto- nieważne ilu faszystów weźmie udział w marszu. Ważne, że tam będą. A to niedopuszczalne, zwłaszcza z punktu widzenia historii Warszawy. Polacy mają dziś święto- bez względu na poglądy, ale czas najwyższy odpowiednie dawać rzeczy słowo :
Lecz nade wszystko – słowom naszym, 
Zmienionym chytrze przez krętaczy,
Jedyność przywróć i prawdziwość:
Niech prawo zawsze prawo znaczy,
A sprawiedliwość – sprawiedliwość.
Niech więcej Twego brzmi imienia
W uczynkach ludzi niż w ich pieśni,
Głupcom odejmij dar marzenia,
A sny szlachetnych ucieleśnij.
Radujmy się i świętujmy, pamiętając, że wspólnota  i jedność nie kończy się na słowach. Nie ma „Swoich i Obcych”. Jest Naród:
„Nie mas Greczyna ani Żyda”.
Puszącym się, nadymającym
Strąć z głowy ich koronę głupią,
A warczącemu wielkorządcy
Na biurku postaw czaszkę trupią.
Julian Tuwim” Modlitwa”

Smaki włoskiego dzieciństwa

Od czasu do czasu mam przyjemność spacerować po ulicach moich ukochanych, zalanych słońcem Włoch.Wyjątkowy, śródziemnomorski klimat,wieki historii i kuchnia: prosta, a zarazem wykwintna. Pełna niezwykłych smaków i kolorów.

Należę do tych osób, które mogą powiedzieć, że mają w sercu dwie ojczyzny. Dla mnie to Polska i Włochy. Miłość do słonecznej Italii wyssałam, najprawdopodobniej z mlekiem matki, ponieważ to mama przekazywała mi swoją fascynację rozgrzaną słońcem Italią. Dość powiedzieć, że, gdy miałam pięć lat, moim muzycznym idolem był Drupi. Ilekroć  jestem we Włoszech-odpoczywam. Sprawia to nie tylko, niemal wszechobecne słońce i radosny, włoski temperament, ale także przepyszna kuchnia, którą uwielbiam. Zawsze przywożę z Włoch kawę  i dżem pomarańczowy. To prawda, że można je kupić także w Polsce, ale te przywiezione wprost z Italii, mają dla mnie zupełnie inny, wyrazisty smak. W ostatnich latach przekonałam się, jak wiele jest w Warszawie- moim ukochanym, rodinnym mieście- włoskich pizzerii, osterii, czy sklepów z włoską żywnością. Ale, ku mojemu zaskoczeniu, całkiem niedawno odkryłam w Warszawie miejsce, jakiego do tej pory w Stolicy nie widziałam. Bottega del Gusto: Sklep z oryginalnym, włoskim jedzeniem, kawiarnia i winiarnia w jednym. Jak powiedziała mi Właścicielka- Mariana Voitovych, jest to takie miejsce, którego brakowało w Warszawie, sklep, w którym każdy Włoch (i nie tylko), dostanie to, czego szuka. Staramy się mieć wszystko: Kiedy klient mówi mi, czego szuka, wiem, o czym mówi. To przysmaki, za którymi Włosi tęsknią. Często mówią z zachwytem, że wiele dostępnych w Bottega del Gusto produktów, pamiętają jeszcze z dzieciństwa. Jesteśmy, więc lokalem, który wielu przypomina włoskie dzieciństwo.  Z całej Warszawy przyjeżdżają Wlosi, mieszkający w Polsce. Mimo, że jesteśmy w Ursusie  –mówi z uśmiechem na ustach Mariana Voitovych.
Bottega del Gusto- sklep albo, jeśli ktoś woli- pracownia smaków, to nie tylko miejsce, gdzie można zrobić dobre zakupy. Tu można się także napić wina, zjeść włoskie wędliny i sery, których we Włoszech jest ponad siedemdziesiąt gatunków. W sklepie Mariany Voitovych przybywa asortymentu, a Właścicielka planuje zakup większych chłodni. Można się tu napić aromatycznej, włoskiej kawy.  Jak mówi Voitovych-w Ursusie przyjęła się już tradycja włoskich śniadań- popularnego cornetto, podanego  z filiżanką cappuccino, z naprawdę puszystym, prawdziwie spienionym mlekiem. Dlaczego w Ursusie? Bo tu mieszkam. Nie myślałam o lokalizacji w Centrum. Tam wszyscy jadą. Ja chciałam, żeby było jak we Włoszech, gdzie do dobrej restauracji jedzie się czasami czterdzieści kilometrów. W  Polsce to jeszcze tak nie funkcjonuje. Myślę, że Polacy cenią przede wszystkim wygodę,ale widzę, że mentalność się powoli zmienia i Polacy też, coraz częściej odkrywają, że warto pojechać dalej, poświęcić trochę czasu, by otrzymać lepszą jakość.  opowiada Pani Mariana, a w jej oczach widać prawdziwą Pasję  i radość z codziennej pracy.
Bottega del Gusto to, w mojej opinii coś więcej niż sklep, pełen włoskich delikatesów, winiarnia i kawiarnia. To miejsce, integrujące lokalną społeczność. Miejsce spotkania dwóch kultur i tardycji, które, choć bzrdzo sobie bliskie, to jednak odrębne. Mariana Voitovych powiedziała mi otwarcie o swoim zaskoczeniu gotowością mieszańców Ursusa do korzystania z oferty Bottega del Gusto: Mam klientów, którzy w każdy niedzielny poranek, po dziesięciokilometrowym spacerze, przychodzą na kieliszek wina. Przychodzą właściciele psów, ze swoimi pupilami, by wypić  u mnie kawę. Ale wiele radości dają wszystkim klientom, organizowane przez nas koncerty. Bo ludzie chcą się bawić. Chcą siadać wspólnie  przy dużym stole, który integruje.Często gra i śpiewa u nas  Luigi Pagano-  mieszkający w Polsce, który prezentuje głównie włoskie hity z lat 70. XX. w., które kochają Włosi i Polacy. Można u nas potańczyć i pośpiewać. Nasi klienci, to głównie ludzie w wieku powyżej trzydziestego piątego roku życia. Odbywają się u nas także konwersacje językowe- spotkania dla miłośników Włoch i języka włoskiego. Zapraszamy.
Jako Polka, mogę powiedzieć, że Bottega del Gusto, to miejsce niezwykłe. Dla mnie to swoista Maleńka Italia w Warszawie. Bez ksenofobii, z otwartością na wszystkich. Tu jest wszystko to, czego doświadczam we Włoszech: serdeczność, radość, prawdziwa integracja i fantastyczne smaki. Tego ostatniego w polskiej kuchni nie brak. Reszty wciąż musimy się uczyć.
Pani Marianie dziękuję za rozmowę i chęć współpracy przy moim Projekcie „Dyskusje ze smakiem”.
Więcej na oficjalnej stronie: bottegadelgusto.pl
Bottega Del Gusto, Gierdziejewskiego 7, Warszawa- Ursus.
Lokal całkowicie dostępny dla osób niepełnosprawnych.

 

 

 

 

 

 

 

 

Aby byli jedno

Dobra Nowina niesie pokój, wiarę, nadzieję i miłość. Tego uczył Chrystus swoich uczniów i wszystkich, którzy Go słuchali. Jego Słowo wiecznie trwa, a więc mimo upływającego czasu, nie traci na aktualności. Także dzisiejsi wyznawcy Chrystusa wezwani są do niesienia światu miłości, pokoju i nadziei, które w wielu mogą obudzić żywą wiarę w Boga. Jak, współcześni chrześcijanie, zwłaszcza polscy katolicy wypełniają swoją misję?

A kto jest moim bliźnim? (Łk. 10, 29.) –zapytał pewien uczony w Prawie Jezusa. To pytanie powraca do mnie coraz częściej, zwłaszcza w chwilach, gdy przychodzi mi konfrontować się z bardzo skrajnymi opiniami na temat Kościoła. Przy czym, chcę mocno podkreślić, że słowo skrajne nie ma także tu, wyłącznie negatywnego znaczenia.  Czasem zastanawiam się również, który zwrot: Kryzys w Kościele, czy Kościół w kryzysie jest obecnie bardziej popularny. Najłatwiej byłoby pewnie w ogóle się nad tym nie zastanawiać i po prostu robić swoje ale, moim zdaniem to sprawy wcale nie kończy. Dlaczego?  Bo Kościół budują wszyscy ochrzczeni.  Usłyszałam ostatnio mądre zdanie, które brzmiało, mniej więcej tak, że skoro Kościół ma jakiś kryzys, to co ja, jako członek Kościoła mogę z tym zrobić? Zaczęłam się także i  nad tym zastanawiać i doszłam do wniosku, że również moim zadaniem w tym zakresie jest przede wszystkim poszukiwanie prawdy: i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli (J. 8, 32)- powiedział Jezus .
Jaka zatem jest prawda? Prawdą jest, że Kościół powołał Bóg i dlatego jest piękny. Prawdą jest również to, że jest dobry. Bo wszystko, co powołał Bóg, jest dobre i piękne. Ale Bóg zna swoje dzieci lepiej niż ktokolwiek, lepiej niż one znają siebie. Zna do końca i kocha do końca. I dlatego wie, że Jego dzieci grzeszą upadają i dopuszczają się czasem, niestety różnych podłości.  Tak bywa także w Kościele. I dotyczy wszystkich stanów. Jednak o, ile nie można pominąć i zignorować zła, trzeba zadośćuczynić,  o tyle nie można  nie widzieć dobra. Bo człowiek został stworzony przez Boga, zatem jest dobry, choć czasem świadomie wybiera grzech. To dlatego Jezus powiedział: Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników (Mk 2. 17) Kościół  naucza, że trzeba oddzielać czyn od człowieka. Ten istotny rozdział  jest także po to, by nazywać rzeczy po imieniu: Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi (Mt 5,37) – powiedział Chrystus. To znaczy, że jeśli pojawia się problem, czy też problem grzechu, trzeba go najpierw dostrzec, nazwać, znaleźć jego przyczynę i rozwiązywać. W podobnym tonie wypowiada się Papież Franciszek. Tylko taka droga umożliwia dotarcie do prawdy, pomoc bliźniemu, czy zadośćuczynienie złu. Nie sprzyja temu ani wyidealizowany, infantylny obraz Kościoła, a przez to unikanie prawdy, ani stanowisko ludzi spoza Kościoła, krytykujących każde działanie księży, biskupów, i Papieża, często bez rzetelnej wiedzy. Ale dochodzenie do prawdy utrudnia też czasem postawa samych katolików, którzy  do tworzenia, wspomnianego idealnego obrazu Kościoła się przyczyniają lub również krytykują wszystko, nie pojawiając się często nawet na niedzielnej Mszy Świętej. Cóż, bowiem znaczy stwierdzenie: Jestem wierzący ale niepraktykujący? To głębokie nieporozumienie. Owszem, Bóg jest wszędzie. Wszędzie też widzi i słyszy człowieka. Patrzy z Miłością. Ale Bóg Wcielony, którego Najświętsza  Ofiara uobecnia się na ołtarzu podczas każdej Mszy Świętej, jest tylko w Kościele.  Zatem, jeśli wierzący katolik, nie praktykuje, wierzy na pół gwizdka, bo nie doświadcza i nie pogłębia relacji z  Żywym Bogiem. Co Oznacza, że nie do końca wie, Komu i w co wierzy.  Jednak trzeba  też pamiętać, że Boga można doświadczyć w drugim człowieku. To nie przypadek. Człowiek przychodzi na świat w rodzinie- wspólnocie,  kochających się i bliskich sobie osób. Przynajmniej tak być powinno. Wspólnotę tworzył także Chrystus ze Swoimi uczniami, wskazując, że bliskość z NimBogiem Żywym i Prawdziwym jest ważniejsza niż więzy krwi : Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je (Łk. 8,21)  Wspólnotą jest ,więc także Jeden, Święty, Powszechny i Apostolski Kościół  Chrystusa na ziemi. Ale, czy zawsze, tworzący Go ludzie czują się świadomymi i odpowiedzialnymi za Tę Wspólnotę? Za parafię i podejmowane w niej inicjatywy? Za innych, potrzebujących różnego wsparcia parafian? A, co z modlitwą za kapłanów? Być może, w wielu wypadkach powinna być ona bardziej gorliwa?  Jedność  jest krucha, trzeba o nią dbać, bazować na wzajemnym szacunku i prawdzie ale bez modlitwy jest niemożliwa. Albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z [Jego] wolą (Flp 2,13). Zatem, by  kościoły były pełne, trzeba wracać wciąż do Źródła, czerpać z Chrystusa. Nie wolno też ukrywać prawdy- najpierw tej o sobie samym, a potem także tej, dotyczącej bliźniego, nie wyłączając stanu duchownego. Nie można jej jednak przekazywać inaczej, jak w duchu wzajemnej miłości. Kościół otwarty dla każdego człowieka, buduje jedność, opartą na miłości bliźniego, z szacunkiem dla różnorodności. Chrześcijanin, wezwany jest do budowania ewangelicznego pokoju, który ma  łączyć, nie dzielić. Ważny jest, więc  także dialog, zwłaszcza z tymi, którzy mają inne poglądy, a poszukują prawdy i miłości. Dzięki temu mogą odnaleźć Boga. Bo On  dał wszystko ludziom, jako dar i zadanie.                         
 
 

Radość, cuda i niezwykły smak życia

W roku 2018, gdy Kościół przeżywa Synod poświęcony młodzieży, 12-godzinne rekolekcje,pod hasłem: Młodzież, wiara i rozeznawanie powołania, które 6 października  odbędą się na PGE  Narodowym  w Warszawie, to najprawdopodobniej jeden z najbardziej niesamowitych pomysłów.

To właśnie najbardziej niesamowite pomysły mogą stać się źródłem największej inspiracji, okazją do niespodziewanych spotkań, czy długich rozmów. Każdy z nas jest jedyny i niepowtarzalny, każdy ma coś do zrobienia. Czujemy to my- „Palnikowcy”- grupa charyzmatyczna z Warszawy- Rembertowa i wszyscy, których wraz z  Organizatorem-  księdzem Rafałem Jarosiewiczem i Fundacją SMS z nieba- zaprosiliśmy do włączenia się w działania na rzecz organizacji  rekolekcji STADION MŁODYCH: włącz pełnię wiary.
Osobiste spotkania z ludźmi. Dziesiątki tysięcy rozdanych ulotek, powieszonych plakatów i banerów. To tylko część działań. Pracy jest ogrom, czasu coraz mniej. Ale w wielu sytuacjach  właśnie wtedy, gdy sprawy są skomplikowane i wydaje nam się, że brak nam już sił,do działania włącza się Bóg, zsyłając ogrom łask, nowych pomysłów i rozwiązań. Bo, tak naprawdę, to On jest glównym Organizatorem, który zaprasza na to niezwykle spotkanie.
Kto jest zaproszony na PGE Narodowy w Warszawie 6 października?
 Każdy. Bóg nie robi żadnych wyjątków! Dlatego, jeśli jeszcze masz wątpliwości, a obawa miesza  się z ciekawością, pozwól wygrać tej drugiej i bądź z nami na Stadionie  Młodych… A, jeśli już jesteś przekonany, przyprowadź znajomych. Czekamy na Was!!
Co i jak?
Bóg jest w drugim człowieku. I dlatego, Stadion Młodych…jest dla tych, którzy jeszcze Go nie spotkali  i chcą  doświadczyć Jego niezwykłej Mocy, której nie  sposób zignorować. A, może już Go spotkałeś i chcesz podzielić się z innymi historią swojego życia? Sześćdziesiąt osiem tysięcy ludzi będzie się razem modlić i uwielbiać Boga, by doświadczyć Jego Miłości. Bądź wśród nich Ty! Bo Stadion Młodych…, to także koncerty i spotkania ze znanymi ludźmi. Przyjdź!
Co Ci to da?/ Co to zmieni?
Spotkasz ludzi i Boga, bo nikomu, kto do Niego przychodzi, On nie odmawia Swej łaski. Twoje problemy nie zaczną nagle znikać, ale być może usłyszysz coś, co pomoże Ci je rozwiązywać. On na pewno obdarzy Cię Swoją siłą i nauczy patrzeć na rzeczywistość Jego oczami. Jeśli Mu na to pozwolisz. Wtedy, pomimo  trudów, odkryjesz radość i cuda w codzienności  Doświadczysz niezwykłego smaku życia!
Więcej informacji na oficjalnej stronie: stadionmlodych.eu

Polska potrzebuje stanowczego głosu Kościoła?

Kościół, głoszący Chrystusa nie zajmuje się polityką, jest powszechny, mówi o miłości Boga do człowieka i miłości bliźniego, o Prawdzie.  Dlaczego, więc w polskim Kościele, Najświętrzej Ofierze Chrystusa nierzadko towarzyszą kazania częściej przypominające agitację polityczną, niż głoszenie Ewangelii ? Dlaczego, owa agitacja mylona jest z prawem do moralnej oceny sytuacji politycznej? Dlaczego, tam, gdzie potrzebny jest zdecydowany głos Kościoła, słychać go nie dość wyraźnie?

Kościół(…) w żaden sposób nie utożsamia się z żadną wspólnotą polityczną, ani nie wiąże się z żadnym systemem politycznym(…)Wspólnota polityczna i Kościół, są w swoich dziedzinach niezależne i autonomiczne (…) Kościół winien mieć jednak zawsze i wzsędzie prawdziwą swobodę w głoszeniu wiary(…) a także w wydawaniu oceny moralnej, nawet w kwestiach, dotyczących spraw politycznych, kiedy domagają się tego podstawowe prawa osoby lub zbawienie dusz, stosując wszystkie i wyłącznie te środki, które zgodne są z Ewangelią. (Sobór Watykański II; Gaudium et spes. za: Tygodnik Powszechny nr 22./2017).
W świetle tych zapisów nie wolno mi milczeć wobec głosów, krytykujących rozdział Kościoła od państwa, nie mogę godzić się na postawy niektórych księży i biskupów, którzy udostępniając kościelną przestrzeń dla polityków, a co gorsza- głównie dla polityków jednej partii, przyczyniają się do ugruntowania jej nieograniczonej władzy, a tym samym do ograniczenia autonomii Osoby i ochrony jej praw przez państwo. Wszystko to ma miejsce, gdy niedzielne kazania częściej nawiązują, nie tyle do oceny sytuacji politycznej, co do poparcia jedynie słusznej politycznej opcji. Gdy Ewangelia, która winna być w centrum rozważań, staje się tłem dla wygłaszanych przez księży poglądów. Wszystko to ma miejsce również wtedy, gdy Kościół nie dość dobitnie mówi o prawach człowieka w kontekście poszanowania trójpodziału władzy- w interesie wolności Osoby. Tu nie mogę nie zauważyć także częstego pomijania przez wielu księży kwestii szacunku do Konstytucji, zakazu jej łamania i patriotyzmu, który winien być dziś rozpatrywany nieco szerzej – nie tylko w odniesieniu do kultywowania pamięci o narodowych bohaterach. Brakuje mi także stanowczego głosu Kościoła w sprawie miejsca i roli Polski w Unii Europejskiej. Ten głos słyszałam w 2004 roku. Czemu dziś przycichł?? Bo Polak jest też Europejczykiem. Bo Unia nie jest naszym wrogiem, bo jesteśmy jej pełnoprawnym Członkiem, bo współczesny patriotyzm, to także poszanowanie dla prawa unijnego. Unia Europejska jest wspólnotą państw. Każda wspólnota przynosi wszystkim jej członkom korzyści, ale czasem- dla dobra ogólu- jednostka lub państwo musi zrezygnować z partykularnego interesu. Czemu Kościół nie mówi, jak zły i wyimaginowany, często też infantylny jest podsycany przez władzę strach przed Unią? Czemu Kościół tak rzadko przywiołuje teksty Jana Pawła II, który popierał akces Polski do UE, który mówił o szacunku i trójpodziale władzy. Czemu Kościół dziś nie edukuje w kwestii dobra wspólnego, jakm jest państwo i odpowiedzialność za nie? Czemu nie mówi głośno o tym, co oczywiste? Milczenie, a zwłaszcza nienazywanie rzeczy po imieniu, też może przyczyniać się do pogłębiania konfliktów i podziału społecznego. Rolą, zaś Kościoła jest budowanie jedności i głoszenie Prawdy: Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi.  (Mt. 5, 37). 
Źródła:
http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=248
Sobór Watykański II; Gaudium et spes. za: Tygodnik Powszechny nr 22./2017.
https://opoka.org.pl/biblioteka/I/IK/pysklo_2011_prawa_czl.html

Prawo, które działa wstecz

W myśl nowej Ustawy o Sądzie Najwyższym, sędziowie, którzy ukończyli 65. rok życia, mają przejść w stan spoczynku.  Zapis ten stoi, jednak w absolutnej sprzeczności  z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej. Rządząca większość zdaje się nie słyszeć głosów ekspertów, którzy nie od dziś wypowiadają się w tej sprawie. Władza pozostawała głucha także na  głosy i protesty społeczne w sprawie bezprawnych zmian w Trybunale Konstytucyjnym i zamachu na trójpodział władzy. Do uszu Prezydenta dotarł, jednak krzyk Suwerena w lipcu ubiegłego roku. Niestety, częściowo. Minął rok, a na ulicach miast całej Polski, jak i przed gmachem Sądu Najwyższego w Warszawie i w Parlamencie, trwa walka o wolne sądy. 

Przejście w stan spoczynku?
Pierwsza Prezes Sadu Najwyższego- Profesor Małgorzata Gersdorf, nadal pozostaje na swoim stanowisku. Dlaczego? Jasna odpowiedź na to pytanie zawarta jest w art. 183. ust. 3.,obowiązującej Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej: Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego. Zapis ten expresis verbis (dosłownieodnosi się do nieusuwalności Pierwszego Prezesa. Kadencja Prezes Gersdorf kończy się w 2020 roku, co sama, wielokrotnie podkreślała w swoich wypowiedziach. Wynika to z prymatu Konstytucji, a w związku z tym niemożności zmiany jej zapisów, tak zwaną ustawą zwykłą, jaką jest także nowa ustawa o SN.  Na spotkaniu z Prezydentem, do którego doszło 3 lipca, Prezes Gersdorf wyznaczyła Sędziego- Józefa Iwulskiego, jako tego, który ma jedynie zastępować ją podczas jej nieobecności. Na tę propozycje przystał Prezydent Duda. W ten sposób sam zakwestionował  założenia stworzonej przez siebie  ustawy o SN, ponieważ również sędzia Iwulski przekroczył 65. rok życia. Złożył, wprawdzie oświadczenie woli dalszego orzekania, ale powołał się w nim na Konstytucję, a nie  wspomnianą ustawę.  Zatem, wbrew temu, co podał do publicznej wiadomości Minister Mucha, z Kancelarii Prezydenta, Prezes Gersdorf nie  wyznaczyła swojego następcy i nie przeszła w stan spoczynku; dlatego, 4 lipca przyszła do pracy, a pod siedzibą SN witały ją tysiące ludzi. Niezmienność decyzji Prezes Gersdorf (mimo wielu nacisków i krytyki ze strony obozu rządzącego i jego zwolenników), pozwoliła jej stać na straży zapisów konstytucyjnych, a tym samym na straży demokratycznego Państwa prawa i wolności obywatelskiej.   Po urlopie będzie kontynuowała pracę na swoim stanowisku. Trzeba też dodać, że art. 180., ust. 1. Konstyttucji zawiera zapis: Sędziowie są nieusuwalni. To wymaga dodatkowych wyjaśnień: O, ile- jak mówi profesor Matczak- sędziowie, mają obowiązek przejścia w stan spoczynku, a ustawa o wieku emerytalnym obejmuje każdego o tyle,jak wspomniałam, nie może to nastąpić wbrew konstytucyjnym zapisom. Należy też mocno podkreślić, że każda większość rządząca ma prawo wprowadzać zmiany, na mocy nowych  ustaw. Można, więc także zmienić wiek przechodzenia sędziów w stan spoczynku. Pod jednym warunkiem: NOWE PRAWO MOŻE DOTYCZYĆ WYŁĄCZNIE NOWO WYBRANYCH SĘDZIÓW, PONIEWAŻ PRAWO NIE DZIAŁA WSTECZ. To oznacza, że nie obejmuje ono  sędziów, wybranych według poprzedniego porządku prawnego.  W tej sytuacji, jednak jest to wyłącznie teoria.
Przypadkowy brak decyzji?
Niezwykle istotny jest także fakt, że Prezydent Duda nie wydał oficjalnej decyzji o odwołaniu sędziów z pełnionej przez nich funkcji, w której powinna być konkretna data zakończenia ich urzędowania. Dodatkowo, decyzja taka musi mieć kontrasygnatę premiera.  Pisma, które Prezydent skierował do odwołanych sędziów SN (w tym do prezes Gersdorf), jedynie  informują o ich przejściu w stan spoczynku i wymaganej kontrasygnaty nie zawierają. W ten sposób prezydent złamał ustawę o SN. Tu, jednak samo nasuwa się pytanie, dlaczego Andrzej Duda uchyla się od oficjalnych decyzji w sprawie? Odpowiedż, moim zdaniem jest dość prosta: Ani Prezydent, ani tym bardziej nikt w PIS, nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Zwłaszcza, że nie odczytują i nie wykonują  prawidłowo  ustaw, które tworzą. Opór środowiska i protesty społeczne, także stanowisko Komisji Europejskiej (wcześniej, również Komisji Weneckiej, która porównała zmiany w polskim sądownictwie do totalitaryzmu ZSRRR), pokazały, że całkowite rozmontowanie i upartyjnienie sądownictwa nie będzie takie proste. Postawa większości sędziów pozwala nie tracić nadziei na zwycięstwo sprawiedliwości, prawdy i rozsądku.  Trudno też podejrzewać, że Prezydent, mający wykształcenie prawnicze, nie zdaje sobie sprawy, że za złamanie Konstytucji grozi postawienie przed Trybunałem Stanu, na czele którego staje, zresztą Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego.

 Wolność obywatelska i demokracja bez trójpodziału władzy?

Forsowane przez PiS zmiany doprowadziły do wyrzucenia z SN, na mocy ustawy- sędziów orzekających . To przestępstwo konstytucyjne, co mocno podkreśla profesor Matczak (Tak jest, z dnia 09.07. 2018.). Także Zwykły obywatel pozostaje bezbronny wobec organów Państwa i Wymiaru Sprawiedliwości.  Trzeba o tym wiedzieć, bo te zmiany to droga do państwa policyjnego i próba podporządkowania sędziów decyzjom jednej partii .To nie jest przebrzmiały konflikt PO-PIS, który  władza wciąż podgrzewa, odwracając uwagę Społeczeństwa od tego, co istotne. To  upartyjnianie sądów  przez posłusznych partii sędziów. W takiej rzeczywistości nikt nie będzie bezpieczny, bo każdy wyrok, bez względu na to przez jaki sąd wydany- będzie zależał od kaprysu i interesu  władzy. Przed takim stanem (obecnym w systemach totalitarnych), dziś jeszcze chroni Polaków trójpodział władzy (gwarant demokracji i wolności obywatelskiej) i art. 173. ust. 1. Konstyyucji : Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz. W tym miejscu, warto także zdać sobie sprawę, że partia PiS doprowadziła do zmian w Trybunale Konstytucyjnym (TK), a w efekcie do jego upolitycznienia, by legitymizował  wszystkie, niezgodne z Konstytucją, a wygodne dla władzy zapisy. W ten sposób TK stracił zaufanie Społeczeństwa i środowiska sędziowskiego.  Dlatego domniemanie konstytucyjności i kierowanie do TK  ustawy o SN, dla wielu ekspertów było bezzasadne. PiS dba  jedynie o swój partykularny interes, bo  trójpodział władz sprawia, że zarówno ta  ustawodawcza, jak i wykonawcza- podlegają sądowniczej, a to dla rządzących wygodne nie jest. Ale wolne sądy to strefa buforowa dla obywateli. Profesor Matczak zwraca uwagę, że utrata stanowisk sędziowskich w wolnym kraju, nie może nastapić na mocy decyzji władzy ustawodawczej. Jest to ingerencja we władzę sądowniczą, a tym samym burzenie fundamentów wolnego państwa.  Zagrożenie usunięciem sędziego, wiąże się wprost z wpływaniem na jego orzekanie.  To niedopuszczalne, bo sędzia ma być niezależny. Trzeba też mocno podkreślić, że proponowane przez PiS zmiany w SN,  otworzą jej drogę do bezpośredniego wpływu na wynik wyborów, co definitywnie skreśla, towarzyszący im przymiotnik: Wolne.
 Reforma sądownictwa? 
Partia rządząca, jak swoistą mantrę powtarza, że sądownictwo potrzebuje reformy. I trudno się z tym nie zgodzić. Tyle tylko, że forsowane zmiany, nie mają nic wspólnego z reformą i nie wpłyną na skrócenie  postępowań sądowych. Przeciwnie, zmiany te, przyczynią się do wydłużenia postępowań. Zwłaszcza, że Prezydent od dawna nie powołuje nowych sędziów SN, paraliżując orzekanie. Przykładem jest także instancja skargi nadzwyczajnej, która pozwala na zrewidowanie  orzeczeń, wydawanych przez ostatnie dwadzieścia lat. Łazarska, w 2017 roku pisała, że zasada stabilności orzeczeń, nawet  w okresie PRL nie była tak deprecjonowana.  Tak,  władza ustawodawcza i wykonawcza osłabia fundament zasady zaufania do Państwa- władzę sądowniczą.  Tymczasem, bezpieczeństwo prawne i pewność prawa, na pewnym etapie muszą ograniczyć tak zwaną kontrolę instancyjną, ponieważ wielość instancji wydłuża postępowanie.  PiS zdaje się też zapominać, że: …częścią składową sprawiedliwego procesu jest niewzruszalność orzeczeń oraz rozpatrzenie sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki. W samo więc założenie istoty skargi umożliwiającej kasowanie orzeczeń sprzed 20 lat, abstrahując nawet od rozwiązań proceduralnych, wpisane jest naruszenie zasady uczciwego procesu. (Łazarska  2017).  Łazarska zwróciła  też uwagę, że  skutki mogą być bardzo dotkliwe dla każdego, kto w ciągu dwudziestu lat otrzymał, na przykład wyrok uniewinniający. Ustawa, bowiem nie przewidywała tu żadnych ograniczeń. W obecnym ksztcie ustawy o SN, jak podaje portal Gazeta Prawna,  skarga nadzwyczajna będzie mogła zostać złożona wyłącznie przez Prokuratora Generalnego lub Rzecznika Praw Obywatelskich, a asesorów sądowych będzie mianował prezydent(…)  W  nowelizacji, do zbioru przesłanek uzasadniających złożenie skargi nadzwyczajnej, dodano „wstępny warunek”. Jak napisano w uzasadnieniu, „w myśl zmienionego przepisu, skargę nadzwyczajną będzie można wnieść niezależnie od zaistnienia bardziej szczegółowych przesłanek (…) tylko wtedy, gdy będzie to absolutnie niezbędne z punktu widzenia zasady demokratycznego państwa prawnego urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej”.  W maju, Prezes Sądu Najwyższego zajął stanowisko w sprawie poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw (druk sejmowy nr 2480). Opiniowane zmiany dotyczą skargi nadzwyczajnej oraz powoływania asesorów sądowychZgodnie z opiniowanym projektem nie dojdzie wcale do zawężenia przesłanek jej wnoszenia, ale wręcz do zwiększenia zakresu uznania sądu badającego tę skargę w zakresie oceny, czy przesłanki jej dopuszczalności zostały spełnione. 
Elita sędziowska z dawnego układu?
Profesor Strzembosz, w swoim oświadczeniu, opublikowanym po wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z 18 marca 2017 napisał, że  na mocy ustawy z 20 grudnia 1989 roku, wszyscy, orzekający w SN sędziowie odeszli, na skutek sktócenia ich kadencji. Nowy skład sędziowski wybrała, powołana tą samą ustawą Krajowa Rada Sądownictwa (KRS). SN zyskał, więc najwybitniejszych sędziów i profesorów prawa, którym poprzedni ustrój polityczny uniemożliwił taki awans. Wśród nich byli ludzie o szczególnej odwadze- działacze Solidarności w sądach. Z powodu dawnego składu SN ponownie znalazła się w tym sądzie niewielka grupka sędziów, głównie cywilistów, wobec których nie było zarzutów dotyczących ich wcześniejszego orzecznictwa. Sędziowie ci, ze względu na wiek, już odeszli z SN, a ich miejsce zajęli profesorowie i sędziowie z karierą po 1989 r., w tym absolwenci KUL. Wszyscy byli objęci lustracją i są nią nadal obejmowani, jeśli urodzili się przed 1973 r. Wszyscy sędziowie w Polsce zostali przed laty zlustrowani, tak jak prokuratorzy i adwokaci. (Strzembosz 2017). Profesor Strzembosz, w 2017 roku, niejako antycypował również intencje wprowadzonych obecnie przez PiS zmian i działanie  Prezesa Kaczyńskiego, który polecił wprowadzić w życie ustawę o obniżeniu wieku sęziów SN do 65. roku życia, co, jak opisałam powyżej, skutkuje usunięciem ich ze stanowisk. Dzięki temu, na wolnych stanowiskach, przy pomocy upolitycznionej KRS, zasiądą mierni ale wierni. Tu, jak zaznacza Strzembosz, wystarczy dziesięć lat pracy prawniczej. W ten sposób, czy się to komuś podoba czy nie, bliżej nam do standardów białoruskich, niż europejskich (mnie bardzo się to nie podoba!).
Bezprawie w Unii Europejskiej?
W 2004 roku, ponad trzynaście milionów Polaków wybrało Unię Europejską. To dla Polaków oznacza nie tylko prawa, ale także obowiązki- unia gospodarcza, polityczna i monetarna.  Polska, przez lata korzystała także z funduszy europejskich i swobodnego przepływu osób (obywateli), kapitału, towaru i usług. Wiedza o społeczeństwie z zakresu szkoły podstawowej, o której rządzący chyba jednak zapomnieli. A, może, ich zdaniem, nie potrzebujemy już Unii, tak jak przed laty? Fundusze nie płyną już przecież do Polski tak szerokim strumieniem. Otóż, jest w tym ziarno prawdy. Tyle, że negocjować trzeba umieć. Udawadnianie racji, których nie ma, legitymizowanie zmian nielegitymizowalnych, nie zagwarantuje środków.  Nade wszystko, trzeba przestrzegać prawa i tworzyć demokratyczne ustawy we własnym Kraju. Tymczasem,w  negocjacjach z Komisją Europejską  reformatorzy, wprowadzając jedynie drobne zmiany w ustawie, starają się stworzyć wrażenie rozwiązywania, a nawet wycofywania się z zapisów, prowadzących do upolitycznienia sądów. W praktyce,  jednak zmiany w obszarze skargi nadzwyczajnej i wyboru sędziów- asesorów, mają charakter kosmetyczny i w sposób oczywisty nie zadowalają Komisji (por. /komunikat-122018kolejne-zmiany-w-ustawach-o-sadach-kolejna-czesc-pozorowanego-dialogu.pdf.) Wtrącają się w nasze sprawy? Tyle, że Traktat o Unii Europejskiej wspomina i wymienia wartości wspólne wszystkim Państwom Unii. W normalnych warunkach oczywistym jest, że jedną z tych wartości jest wolność obywateli, którą gwarantują, między innymi wolne sądy. Trójpodział władzy powinien być fundamentalną zasadą, której bronią wszyscy Polacy, bez względu na sympatie polityczne. Czy to jeszcze możliwe?
Podziękowania:
Panu Profesorowi Marcinowi Matczakowi i Klubowi Swobodnej Myśli, dziękuję za spotkanie, rozmowę i informacje, które w dużej mierze przyczyniły się do powstania tego tekstu.
Źródła:
1, Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997.
2. http://www.rp.pl/Rzecz-o-prawie/303209919-Sad-Najwyzszy-nie-jest-spuscizna-PRL—oswiadczenie-prof-Adama-Strzembosza-w-reakcji-na-wypowiedz-Jaroslawa-Kaczynskiego.html
3. http://www.rp.pl/Sady-i-prokuratura/312239989-Aneta-Lazarska-Nienadzwyczajna-ta-skarga-nadzwyczajna.html?gclid=EAIaIQobChMIwpSZw-KR3AIV2prVCh16SQjKEAAYASAAEgIJhvD_BwE
4. http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/1121397,skarga-nadzwyczajna-dla-prokuratora-generalnego-i-rpo-w-noweli-ustawy-o-sn.html
5, http://www.sn.pl/aktualnosci/SitePages/Wydarzenia.aspx?ItemSID=390-292d9931-9fa5-4b04-8516-5c932ff6bdf2&ListName=Wydarzenia
6. file:///C:/Users/User/Documents/R%C3%B3%C5%BCne/komunikat-122018kolejne-zmiany-w-ustawach-o-sadach-kolejna-czesc-pozorowanego-dialogu.pdf

Prawda na pierwszy rzut oka?

Upływający czas, natłok codziennych zajęć,  zmęczenie, medialny szum, ale też intelektualne lenistwo i lęk przed prawdą, sprawiają, że coraz częściej ta ostatnia umyka. Czy współczesny człowiek poszukuje jeszcze prawdy? A może wystarczją mu jedynie zasłyszane na dany temat opinie?  Nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie to, że wiele z  nich, zdecydowanie od prawdy odbiega.

Często zastanawiam się, jak to możliwe, że  część informacji, które słyszę z ust polityków, niektórych dziennikarzy, czy niestety także niektórych ludzi Kościoła, tak bardzo daleka jest  od prawdy.  Kilka dni temu, zdałam sobie sprawę, jak poważny jest to problem. Zwłaszcza, gdy sprawa dotyczy kwestii istotnych dla ustroju Państwa, czy- jak w tym wypadku- dla Kościoła: Adhortacji posynodalnej Amoris Laetitia. Temat nie jest nowy. 19 września 2016 roku, kardynałowie: Walter Brandmüller, Raymond Burke, Carlo Caffarra i Joachim Meisner , zwrócili się do Papieża Franciszka , prosząc o wyjaśnienie niektórych zapisów adhortacji.  Chodziło o kwestie, budzące troskę i niepokój nie tylko wśród części wiernych, ale także wśród duchownych. Kardynałowie oczekiwali jasnej odpowiedzi na pięć, tak zwanych dubio (wątpliwości) , przedłożonych zarówno Papieżowi, jak i Kongregacji Nauki i Wiary, które miały zakończyć spory, dotyczące papieskiego dokumentu. Pierwsza, moim zdaniem główna  wątpliwość dotyczyła dopuszczenia do Komunii Świętej  osób rozwiedzionych, żyjących w związkach niesakramentalnych. Przyznam, że mnie, jako katoliczkę ta kwestia również mocno zastanowiła. Zwłaszcza, że wiele rozmów, jakie prowadziłam na ten temat z różnymi ludźmi, bedącymi świadomymi członkami Kościoła Powszechnego, kończyło się nic nierozstrzygającym, jałowym sporem. Dopiero dzięki kolejnej rozmowie stało się jasne, że wszyscy coś  na ten temat wiemy- czytamy artykuły,opinie, ale praktycznie nikt z nas nie zadał sobie trudu, by przeczytać Amoris Laetitia. Byłam tak zszokowana, że postanowiłam tę adhortację przeczytać w całości. Dowiedziałam się   o służbie, towarzyszeniu i wsparciu dla narzeczonych, małżonków i całych rodzin. O tym, że młodzi małżonkowie nie mogą być pozostawieni sami sobie. Potrzebują duszpasterzy i innych, doświadczonych małżonków, służacych radą i pomocą.  W sytuacjach rodzącego się konfliktu, gdy nie potrafią sobie z nim poradzić, młodzi nie mogą być sami.  Ale w adhortacji przeczytałam  także, a może przede wszystkim- o miłosierdziu. To jest droga dla każdego wierzącego.  Miłosierdzia uczył Chrystus. Nadal uczy. Próżno mi było szukać w adhortacji zapisu o Komunii Świętej dla rozwiedzionych. Znalazłam za to inny zapis: W związku z tym duszpasterz nie może czuć się zadowolony, stosując jedynie prawa moralne wobec osób żyjących w sytuacjach „nieregularnych”, jakby były kamieniami, które rzuca się w życie osób. Tak jest w przypadku zamkniętych serc, które często chowają się nawet za nauczaniem Kościoła, aby „zasiąść na katedrze Mojżesza i sądzić, czasami z poczuciem wyższości i powierzchownie, trudne przypadki i zranione rodziny” (Amoris Laetitia pkt 305). Jest oczywiste, że w przypadku jakichkolwiek niejasności, należy sięgać do Źródła:  Jezus usłyszał to i rzekł do nich: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”(Mk 2,17). Tylko chory szuka pomocy lekarza. Podobnie, jak grzesznik szuka  wsparcia w Kościele.
Konferencja Episkopatu Polski (KEP) – 8 czerwca  przyjęła Wytyczne pastoralne do adhortacji Amoris Laetitia . Biskupi zwracają, między innymi uwagę, że Papież zachęca, aby osoby, które się rozwiodły i zawarły ponowny związek cywilny, były bardziej włączane we wspólnoty chrześcijańskie na różne możliwe sposoby, zważając jednak na to, aby nie powodować zgorszenia (za: https://ekai.pl/ . Kolejne dubio dotyczyło aktualności encykliki Jana Pawła II- Veritatis Splendor, w kontekście zapisów adhortacji. Kocham i szanuję mój Kościół, dlatego nie będę komentować pytań, które zakładają błąd i „winę”Papieża Franciszka. Zwłaszcza, że to pytanie- podobnie, jak trzy pozostałe, dotyczące odpowiedzialności cudzołożnika, grzechu nawykowego i kwestii sumienia,   mają się nijak do treści adhortacji.  Smutne. Dla mnie bolesne. Kwestia niezrozumienia? Jeśli tak, to jak organizować duszpasterstwo i towarzyszenie, o które prosi Papież? Bez umiejętności zrozumienia sedna sprawy, umiejętności rozmowy i aktywnego słuchania, opartego na MIŁOSIERDZIU I SZACUNKU, to niemożliwe.  Papież na dubio nie odpowiedział. Nie mógł. Ma w sobie pokorę i wie, że milczenie jest, w takiej sytuacji złotem.  Dobrze, by pamiętali o tym także polscy katolicy,  zwłaszcza ci, którzy krytykują Franciszka, zarzucając odstępstwa. Pokora i posłuszeństwo Kościołowi wynikają z wiary. Ale, jak pisał Jan Paweł II :Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy. (Jan Paweł II, Encyklika Fides et ratio). Docieranie do faktów , nie może zatem polegać tylko na wyszukiwaniu i przetwarzaniu cudzych opinii.  To  nie tylko ogranicza samodzielne myślenie. Może wprowadzić w błąd, oszukać rozum i zmysły. Wprowadza zamęt.   Prawdę można odkryć tylko, gdy dotrze się do źródła. To tak, jakby Czytelnik zastanawiał się, czy na zamieszczonym powyżej zdjęciu prawdziwe są truskawki czy czereśnie.  Może, w razie wątpliwości, trzeba sięgnąć do źródła  i zapytać  Autora.
Źródła:
Posynodalna Adhortacja Apostolska Amoris Laetitia Ojca Świętego Franciszka do Biskupów, do Kapłanów i Diakonów, do Osób Konsekrowanych, do Małzonków Chrześcijańskich i do Wszystkich Wiernych Swieckich O miłości w rodzinie.
biblia.deon.pl
deon.pl
ekai.pl
pch24.pl
stowarzyszeniefidesetratio.pl