Konstytucja i dumne barwy biało-czerwone

Długi majowy weekend. Czas odpoczynku i biesiadowania przy wspólnym stole z rodziną i przyjaciółmi. Ale, czy między upieczoną na grillu karkówką lub kaszanką, Polacy pamiętają jeszcze o ważnych dla nas wszystkich datach? Czy historia stanowi dla nas odległą przeszłość, czy też potrafimy wyciagać z niej wnioski, chroniąc dziedzictwo, jakie zostawiły nam poprzednie pokolenia?

Czy przywiązujemy jeszcze wagę do narodowych symboli, jak flaga czy godło? A, może problem wielu Polaków polega na tym, że czczą symbole, zupełnie nie znając historii swojego Kraju. Tymczasem, w historii Polski są wydarzenia wzniosłe, dające powody do ogromnej radości i dumy. Nie brakuje także tych trudnych i bolesnych, o których -zwłaszcza ostatnio-pewne grupy mówią nader niechętnie. Jednak, pozwolę tu sobie na stwierdzenie, że największym zagrożeniem dla Polaków jest nieumiejętność wykorzystywania sprzyjających okoliczności. Z tym wiąże się także często brak strategii działania, pewnego politycznego sprytu i przewidywania skutków zdarzeń oraz konsekwencji podejmowanych działań. Niefrasobliwość władców, prywata spiskujących, nierozumnych sprzedawczyków, nie raz były przyczyną zguby Polaków. Nie inaczej  było w maju 1791 roku, kiedy to- ku przerażeniu Katarzyny II- Sejm Wielki uchwalił w Polsce Konstytucję 3 maja, która całkowicie zmieniła ustrój polityczny ówczesnej Rzeczypospolitej. Zlikwidowano bowiem wolną elekcję, wzmacniając jednocześnie władzę wykonawczą. Stanisław August nie brał pod uwagę kolejnego rozbioru Polski; był wręcz przekonany, że Rosja go nie dokona, ponieważ przyczyniłby się do wzmocnienia Prus. Tymczasem, sytuacja  na dworze carycy Katarzyny, a ściślej rzecz ujmując- jej romanse zdawały się Polakom sprzyjać. Udało się ocalić Konstytucję i Polskę. Ale, Katarzyna odwlekała działania ze względu na priorytety. Bowiem, chwilowo ważniejsza niż sprawa polska i wielokrotnie urażona przez polskich posłów ambicja carycy, była dla niej wygrana z Turcją. To, między innymi nieznajomość mentalności i strategii przeciwnika, wspomniana niefrasobliwość i brak działań, zmierzających do stworzenia w Petersburgu stronnictwa, które mogłoby poprzeć niedawno uchwaloną Konstytucję, doprowadziły do wojny  i kolejnego rozbioru. Zawiodła dyplomacja i działania szpiegów. Nie podejrzewano, że Katarzyna zamierza zaatakować Polskę przy pomocy stu trzydziestu tysięcy żołnierzy. Przestano tworzyć armię, przez co Rzeczpospolita stała się łatwym łupem. Nie wiedziano także, że Potocki, Rzewuski, a także Branicki, stworzyli  akt konfederacji, wzywając carycę do interwencji zbrojnej na terenach Polski. Zignorowano także fakt, że Rosja podpisała pokój z Turcją, a król Stanisław August dopiero w grudniu 1791 wysłał do Katarzyny depeszę, w której informował o uchwaleniu Konstytucji. Potraktowała to bardzo osobiście- jak obelgę. 18 maja 1792 roku, rosyjska armia wkroczyła na ziemie Rzeczypospolitej.  To tylko krótki rys wydarzeń, które powinien znać każdy Polak. A, dziś? Czy we współczesnej Polsce możemy doszukiwać się analogii do pewnych wydarzeń? Moim zdaniem, tak. Cały obóz rządzący przekonuje o słuszności dokonywanych przez siebie zmiam. Także w obecnej Konstytucji. Popieram. Tyle, że zmiana ustroju Państwa, jakiej dokonano, likwidując między innymi trójpodział władzy- fundament demokracji, przekazując tę władzę w ręce polityków i jednego człowieka- prokuratora generalnego , a zarazem ministra sprawiedliwości, powinna dokonać się w oparciu o wciąż obowiązującą Konstytucję. Bo, póki co- jest to jedyna, choć niedoskonała Ustawa Zasadnicza w naszym Kraju. Problem w tym, że obecna Konstytucja takich „zmian” nie przewiduje. Jeśli, jednak rządzący mieli inne zdanie, najpierw winni byli zmienić samą Konstytucję. Pytanie, jakie szanse ma przed – siłą rzeczy-upartyjnionym sądem, „zwykły” obywatel?   Podobnie rzecz się ma z proponowanym przez Prezydenta referendum. W naszej tradycji głosujemy „za” lub „przeciw”w odniesieniu do konkretnej, istniejącej wersji, poddanego pod głosowanie Aktu. Nie da się go ocenić zaocznie lub, co gorsza-wybiórczo.
Dalszych analogii, osobiście doszukuję się także w niezrozumiałej dla mnie wrogości wobec Unii Europejskiej. Pamiętam, że, gdy wiele lat temu, tuż po studiach, zaczęłam pracę zawodową, współpracowałam, między innymi z ówczesnym Urzędem Komitetu Integracji Europejskiej. Polska nie była jeszcze Członkiem Unii, a ja – jako młody pedagog specjalny, przygotowywałam dla instytucji, w której pracowałam- dokumenty, prezentacje, pisałam artykuły, jeździłam na konferencje w Kraju i za granicą. Byłam dumna, że uczestniczę w szeroko pojętym procesie legislacyjnym, który sprawiał, że polskie prawo było coraz bardziej dostępne dla Obywatela- także tego z niepełnosprawnością. Minęły lata. W tym czasie wielokrotnie powtarzałam, że sporo trzeba zmienić, poprawić, ale nigdy bym nie pomyślała, że „dane mi będzie” obserwować pewien chaos, nawet regres w dostępie dzieci niepełnosprawnych do edukacji, utrudnienia w dostępie do rehabilitacji, którą rządzący rozpatrują wyłącznie w aspekcie medycznym.  Mogłabym jeszcze długo wymieniać. Wiem jedno: Zarówno nieprzemyślane i złe rozwiązania legislacyjne, jak i wrogie nastroje wobec Unii Europejskiej, której od czternastu lat jesteśmy Członkiem, czy brak inwestycji, przeznaczonych na obronność- to zagrożenie dla suwerenności i bezpieczeństwa naszego Państwa. Warto wyciągać wnioski z historii. 
Źródło:
http://www.newsweek.pl/wiedza/historia/konstytucja-3-maja–co-poszlo-nie-tak,76313,1,1.html

Z perspektywy żelowego misia

Na początku lat 80. XX w. byłam małą dziewczynką. Codzienność była trudna. Stan wojenny, czołgi na ulicach, godzina policyjna, prawie puste półki w sklepach i kartki- nie tylko na żywność. Pamiętam wiele.  Zwłaszcza zmagania moich rodziców, spotkania z rówieśnikami i chwile, gdy z siostrą dzieliłyśmy między sobą bezcenne słodycze. 

W naszym domu często panowała niezwykła atmosfera. Nie wszystko rozumiałam, ale wyczuwałam coś podniosłego.  Mój tata- historyk i publicysta, a zarazem pułkownik Wojska Polskiego- z powodu przekonań w latach 70. oddał legitymację partyjną. Łatwo nie było. Pisał prawdę, między innymi o  agresji sowieckiej na Polskę oraz zbrodni katyńskiej.  Wiele tekstów publikował pod pseudonimem, obnażając absurd i obłudę przyjaźni polsko-radzieckiej. Mama- dzielnie wspierała tatę- również wtedy, gdy wzywany był do Głównego Zarządu Politycznego (GZP), a ona, zmagając się ze strachem- zanosiła mu lekarstwa na serce. Ale mama robiła znacznie więcej. Pomagała innym rodzicom, którzy mieli dzieci z niepełnosprawnością ruchową, taką jak moja. W roku 1979 założyła Koło  Pomocy Dzieciom o Niepełnej Sprawności Ruchowej, przy Towarzystwie Przyjaciół Dzieci (TPD), które kilka lat później przekształciło się w Krajowy Komitet. I tak- z grupą  innych operatywnych i walecznych rodziców, miała odwagę pukać do drzwi ministrów, urzędów, dyrektorów fabryk, a także do nie tak licznych wówczas prywatnych przedsiębiorców. To wtedy powstała legitymacja dziecka niepełnosprawnego (moja miała nr 1.), uprawniająca do darmowych przejazdów komunikacją miejską, wraz z opiekunem. Pamiętam fantastyczne imprezy okolicznościowe, organizowane w klubie na Osiedlu Inflancka. Bawiliśmy się z naszym sprawnym rodzeństwem i innymi dziećmi z osiedla. Nikt nie koncentroiwał się na inności. Dla nas było to naturalne.  Dziś mówi się o integracji społecznej, wtedy wszystkich, którzy mieli jakiekolwiek ograniczenia częściej określano mianem kaleki, przez co większą karierę robiło słowo izolacja.  Na tych spotkaniach było zawsze ogromnie dużo radości. Szczególnie w Święta Bożego Narodzenia, gdy  charytatywnie występowali artystyści, były dyskoteki, a dzieci dostawały prezenty przekazane w darze od rodzin z zagranicy. To było niezwykłe. Najbardziej czekałam na żelowe misie i batoniki czekoladowe, które dziś można kupić prawie w każdym sklepie. Wracałyśmy z siostrą do domu i wszystkie słodkie zdobycze rozkładałyśmy z zachwytem na dywanie, podziwiając kolorowe opakowania.  Podział nie zawsze był sprawiedliwy. Czasem wygrywało prawo sprytniejszego. I tak, któregoś dnia, korzystając z nieuwagi mojej siostry, zjadłam jej porcję miśków. W akcie dziecięcej rozpaczy, nazwała mnie wstrętnym misiojadem.
Do żelowych misiów ( i nie tylko) mam słabość do dziś. Po latach zrozumiałam jednak, że  spotkania z rówieśnikami pomogły mi radośnie przeżywać dzieciństwo- mimo trudności, a czasem bólu fizycznego, jaki przynosiła niepełnosprawność.
Dziś żyję w zupełnie innej rzeczywistości, innym Kraju. Zmieniła się mentalność- inaczej postrzega się osoby z niepełnosprawnością, a integracja nie jest już fikcją. Jednak, mimo wielu pozytywnych zmian, wciąż czuję się tak, jakby zamiast praw i należnego szacunku-proponowano mi żelowego misia. Na osłodzenie życia i odwrócenie uwagi od tego, co ważne, trudne. Doświadczam dyskryminacji, czuję się wykluczana.  Mam wrażenie, że ten problem przybiera na sile. Konkrety? Byłam niedawno u lekarza- ginekologa na rutrynowej wizycie kontrolnej. Powinnam dodać, że wizytę umawiałam telefonicznie, w jednej z warszawskich przychodni, w której od lat jestem pacjentką. Zapytałam , czy w gabinecie jest automatycznie opuszczany fotel i poprosiłam, by zaznaczono, że potrzebuję pomocy położnej. Zapewniono mnie, że jest odpowiedni fotel, a położna na pewno nie odmówi pomocy. W dniu wizyty, czekając na swoją kolej, dowiedziałam się, że jest ponad półgodzinne opóźnienie. Czekałam nadal. Kiedy weszłam do gabinetu, poprosiłam położną o pomoc w rozwiązaniu butów i podaniu ręki przy wchodzeniu na fotel. Usłyszałam krótkie – Ja mam teraz śniadanie! Kiedy ośmieliłam się zwrócić do lekarza i powiedzieć także o opóźnieniu (miałam wyznaczoną inną wizytę w tej samej przychodni, a czas nie stał w miejscu), usłyszałam, że powinnam być z opiekunem. Spokojnie, ale stanowczo zaprotestowałam. Mieszkam sama, prowadzę dom, pracuję zawodowo. Potrzebuję czasem niewielkiego wsparcia w codziennych czynnościach. Ale nie mam opiekuna. To powinna być i jest wyłącznie moja decyzja. Zaprotestowałam, bo jestem, jak inne pacjentki- mam prawa. I podczas wizyty lekarskiej  oczekuję pomocy. Zwłaszcza, że pani doktor była bardzo zdziwiona, że zamiast pończoch mam rajstopy, bo to bardzo opóźnia, a przecież sama narzekałam na opóźnienia. Trudno mi było uwierzyć w to, co usłyszałam, więc zapytałam tylko, czy aby na pewno, przy  kilkustopniowym mrozie powinnam zakładać pończochy. Odpowiedzi nie usłyszałam.
Wielokrotnie, pracując jako pedagog, czy nauczyciel akademicki, zwracałam uwagę na prawa i obowiązki osób niepełnosprawnych. Wielokrotnie pisałam też, że bariery są przede wszystkim w ludzkim umyśle.  W maju  2017 roku byłam jednym z  ekspertów rządowego Programu Za życiem.  W mediach było o nim głośno, ale  gdy dziś spotykam się z organizacjami rodziców  osób niepełnosprawnych, mało kto słyszał, choćby o  opiece wytchnieniowej- jednym z ważniejszych założeń Programu. Miało ono ulżyć w opiece nad dzieckiem lub dorosłą osobą niepełnosprawną, w chwili gdy  rodzic lub opiekun nie może jej sprawować, na przykład na skutek zdarzeń losowych. 120 godzin rocznie- nie ma się czym chwalić. Może stąd ta cisza. Kolejny żelowy miś? A przecież widać, jaki ma to związek z ptróbą zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych i protestami wielu rodziców dzieci niepełnosprawnych. Nie znam żadnej normalnie myślącej kobiety, która chciałaby dokonać aborcji. Ale znam wiele matek, które są zmęczone, bo niepełnosprawność dziecka, to nie tylko nieprzespane noce, ale często także patrzenie na cierpienie – nierzadko przy braku środków do życia i na rehabilitację, leki i możliwości odpoczynku. Wtedy rodzi się frustracja.  Ja też sprzeciwiam się aborcji. Jestem za życiem. Jednak mam świadomość, że narodziny, to dopiero początek.  W tym kontekście nie interesuje mnie też, czy ktoś używa określenia  osoba z niepełnosprawnością, czy po prostu niepełnosprawna. Mam dość  nieprzemyślanych zwrotów, które są  kalką językową, eufemizmów, które, jak żelowe misie próbują podkolorować i osłodzić codzienność, nie wnosząc realnych zmian. Irytują mnie programy, pisane z myślą o osobach niepełnosprawnych, finansowane, na przykład  z funduszy unijnych, a często nieuwzględniające rzeczywistych potrzeb beneficjentów. Irytuje mnie marnowanie gigantycznych pieniędzy w tym zakresie: Brak konsultacji ze środowiskiem, czy brak odpowiednich narzędzi,  by programy wdrożyć i realizować. Wydaje mi się to szczególnie istotne w kontekście coraz częśtszego narzekania i krytyki Unii Europejskiej. Mamy inną alternatywę? Jaką?  Jeśli nie chcemy Unii Europejskiej i jej pieniędzy, zwróćmy się do naszego Państwa. Może wśród zalewu wyborczych, populistycznych haseł- tak rządowych, jak i opozycyjnych, choć jedno doczeka się realizacji i poprawi jakość życia osób niepełnosprawnych i ich rodzin.  Bo inaczej, jeśli ktoś tak, jak ja lubi żelowe misie- w pewnym momencie poczuje zdecydowany przesyt i nudności.

Cisza

Współcześni ludzie żyją w coraz większym hałasie. Ruch uliczny, dzwoniące w torbach i plecakach telefony, głośna muzyka, reklamy. To tylko niektóre czynniki, skutecznie zagłuszające ciszę. Ciszę, której człowiek bardzo potrzebuje, i przed którą stara się uciec…w jeszcze większy hałas.

Mnóstwo spraw: praca, dom, dzieci, zakupy, niezapłacone  rachunki. A do tego jeszcze te codzienne korki na ulicach. I znów nie ma czasu.  Dzień podobny do dnia. W ciągłym biegu, z przekonaniem, że odpoczynek to luksus dla wybranych. W pośpiechu czytana gazeta. Rzadziej książka- na tę trzeba mieć przecież ten cenny czas. Tylko gdzie on się, właściwie podział? Skąd wziąć chwilę wytchnienia, refleksji, może nawet zadumy nad człowieczym losem? Jak odnaleźć  w sobie ciszę? Najpierw, trzeba zadać inne pytanie: Po co jej, w ogóle szukać? Mało kto przyzna, że ciągłe zatroskanie i niemal bezustanna gonitwa, to idealny pomysł na życie. Większość ludzi twierdzi, że odpoczynek jest bardzo ważnym elementem ich egzystencji. Znacznie gorzej z praktyką. Tymczasem, odpocznienie to nowy początek, nowa szansa, okazja do zebrania nowych sił. Ale, ów nowy początek bardzo często związany jest z ciszą. Ciszą, w której człowiek odkrywa samego siebie, swoje najgłebsze pragnienia, ale także ból i porażki, zepchnięte często w najskrytsze zakamarki własnej pamięci. Może właśnie dlatego wielu ludzi woli hałas, nie wiedząc, że cisza jest szansą na rozwój, na zmianę i nową rzeczywistość. Rzeczywistość, która rodzi się  dzięki stawaniu w prawdzie, prawdzie o sobie samym. Trzeba ogromnej odwagi i niemało pokory, by tę prawdę przyjąć: Jeżeli trwacie w nauce mojej, jesteście prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli  (J.8,31-32)- powiedział Jezus, który dwa tysiące lat temu umierał na krzyżu- wtedy znaku hańby i pogardy. Król Świata wziął na siebie nasze winy: On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu (2 Kor 5,21). Wzgardzony i wyszydzony przez ludzi. Grzechy ludzkośći, które Go przygniotły, sprawiły, że nawet przez Ojca czuł się opuszczony. Dramat Boga-Człowieka, który umiera w samotności. Przegrał? Przecież po Wielkim Piątku- czasie Męki i Śmierci Chrystusa, następuje cisza Wielkiej Soboty. Pan, Stwórca Wszechświata leży w grobie. To już koniec? Wystarczy na chwilę się zatrzymać, by w ciszy Grobu, także w swojej parafii,   człowiek  usłyszał odpowiedź:  JA JESTEM ZMARTWYCHWSTANIEM i ŻYCIEM. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. (J 11,25) 9. Jego Grób okazał się pusty, bo niewysłowiona Męka i Śmierć doprowadziły do radości Niedzieli Zmartwychwstania.
Święta Wielkiej Nocy, to coś więcej niż spotkanie przy zastawionym stole, czy czas weekendowych wyjazdów. Chrystus żyje! Właśnie w tym czasie przychodzi do każdego osobiście- z szansą na to, by  każdy patrzył na siebie i innych Jego oczami. Oczami, w których jest nieskończona miłość. Oddał życie.  To szansa na odrodzenie, na nowy początek: Mając więc arcykapłana wielkiego, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego, trwajmy mocno w wyznawaniu wiary.  Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu.  Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla [uzyskania] pomocy w stosownej chwili (Hbr 4,14-16)

Świat jest pełen Boga i Jego niespodzianek!

Byłam niedawno w Lublinie. Kolega, który zgodził się mnie tam zawieźć, dołóżył starań, bym, mimo utrudnień na drogach dojechała na czas. Moja mama jechała na tylnym siedzeniu i dyskretnie zerkała na licznik. Ja, co jakiś czas zerkałam na zegarek. Dojechaliśmy punktualnie. 

Bóg jest przy mnie zawsze. Wspiera w każdym czasie.  Delikatny, z dyskretną obecnością, szanujący moją wolę.
Po dość trudnym, ale ważnym dla mnie spotkaniu, o które się modliłam, a którego efektów nie jestem w stanie przewidzieć- zupełnie niespodziewanie dostałam sms-a o treści : Pan Bóg pamięta o swoim przymierzu. Zorientowałam się, że nie znam numeru telefonu, który wyświetlił się, gdy odebrałam wiadomość. Poczułam się tak, jakbym dostała sms-a z Nieba. Był dla mnie potwierdzeniem drogi, którą idę, obecności Boga i wezwaniem do zaufania. Ogarnęła mnie radość i ulga. Odetchnęłam i dopiero wtedy zobaczyłam piękno,otaczającej mnie architektury Lublina. Poszliśmy na krótki spacer. Wpadliśmy na pomysł, by jechać na obiad do Nałęczowa. Uwielbiam to miasto. Nawet, jeśli wiosną wciąż utrzymuje się zimowa aura.
Byliśmy głodni, zmarzliśmy. Obiad był pyszny, w jednej z moich ulubionych, nałęczowskich kawiarni Ewelina. Placki ziemniaczane z odrobiną łososia i śmietany. I rewelacyjna sałatka z serem pleśniowym, marynowaną gruszką, żurawiną, morelami i sosem musztardowo-miodowym.  Zadzwoniłam pod nieznany mi numer.  Okazało się, że to mój kolega. Podziękowałam mu za niezwykłą wiadomość. Nie mógł wiedzieć o moim spotkaniu. Ale Bóg wiedział. On pamięta o każdej obietnicy. Trzeba Mu tylko uwierzyć: W taki sam sposób Abraham uwierzył Bogu i to mu poczytano za sprawiedliwość. Zrozumiejcie zatem, że ci którzy polegają na wierze, ci są synami Abrahama (Gal 3,6-7).