Aby byli jedno

Dobra Nowina niesie pokój, wiarę, nadzieję i miłość. Tego uczył Chrystus swoich uczniów i wszystkich, którzy Go słuchali. Jego Słowo wiecznie trwa, a więc mimo upływającego czasu, nie traci na aktualności. Także dzisiejsi wyznawcy Chrystusa wezwani są do niesienia światu miłości, pokoju i nadziei, które w wielu mogą obudzić żywą wiarę w Boga. Jak, współcześni chrześcijanie, zwłaszcza polscy katolicy wypełniają swoją misję?

A kto jest moim bliźnim? (Łk. 10, 29.) –zapytał pewien uczony w Prawie Jezusa. To pytanie powraca do mnie coraz częściej, zwłaszcza w chwilach, gdy przychodzi mi konfrontować się z bardzo skrajnymi opiniami na temat Kościoła. Przy czym, chcę mocno podkreślić, że słowo skrajne nie ma także tu, wyłącznie negatywnego znaczenia.  Czasem zastanawiam się również, który zwrot: Kryzys w Kościele, czy Kościół w kryzysie jest obecnie bardziej popularny. Najłatwiej byłoby pewnie w ogóle się nad tym nie zastanawiać i po prostu robić swoje ale, moim zdaniem to sprawy wcale nie kończy. Dlaczego?  Bo Kościół budują wszyscy ochrzczeni.  Usłyszałam ostatnio mądre zdanie, które brzmiało, mniej więcej tak, że skoro Kościół ma jakiś kryzys, to co ja, jako członek Kościoła mogę z tym zrobić? Zaczęłam się także i  nad tym zastanawiać i doszłam do wniosku, że również moim zadaniem w tym zakresie jest przede wszystkim poszukiwanie prawdy: i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli (J. 8, 32)- powiedział Jezus .
Jaka zatem jest prawda? Prawdą jest, że Kościół powołał Bóg i dlatego jest piękny. Prawdą jest również to, że jest dobry. Bo wszystko, co powołał Bóg, jest dobre i piękne. Ale Bóg zna swoje dzieci lepiej niż ktokolwiek, lepiej niż one znają siebie. Zna do końca i kocha do końca. I dlatego wie, że Jego dzieci grzeszą upadają i dopuszczają się czasem, niestety różnych podłości.  Tak bywa także w Kościele. I dotyczy wszystkich stanów. Jednak o, ile nie można pominąć i zignorować zła, trzeba zadośćuczynić,  o tyle nie można  nie widzieć dobra. Bo człowiek został stworzony przez Boga, zatem jest dobry, choć czasem świadomie wybiera grzech. To dlatego Jezus powiedział: Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników (Mk 2. 17) Kościół  naucza, że trzeba oddzielać czyn od człowieka. Ten istotny rozdział  jest także po to, by nazywać rzeczy po imieniu: Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi (Mt 5,37) – powiedział Chrystus. To znaczy, że jeśli pojawia się problem, czy też problem grzechu, trzeba go najpierw dostrzec, nazwać, znaleźć jego przyczynę i rozwiązywać. W podobnym tonie wypowiada się Papież Franciszek. Tylko taka droga umożliwia dotarcie do prawdy, pomoc bliźniemu, czy zadośćuczynienie złu. Nie sprzyja temu ani wyidealizowany, infantylny obraz Kościoła, a przez to unikanie prawdy, ani stanowisko ludzi spoza Kościoła, krytykujących każde działanie księży, biskupów, i Papieża, często bez rzetelnej wiedzy. Ale dochodzenie do prawdy utrudnia też czasem postawa samych katolików, którzy  do tworzenia, wspomnianego idealnego obrazu Kościoła się przyczyniają lub również krytykują wszystko, nie pojawiając się często nawet na niedzielnej Mszy Świętej. Cóż, bowiem znaczy stwierdzenie: Jestem wierzący ale niepraktykujący? To głębokie nieporozumienie. Owszem, Bóg jest wszędzie. Wszędzie też widzi i słyszy człowieka. Patrzy z Miłością. Ale Bóg Wcielony, którego Najświętsza  Ofiara uobecnia się na ołtarzu podczas każdej Mszy Świętej, jest tylko w Kościele.  Zatem, jeśli wierzący katolik, nie praktykuje, wierzy na pół gwizdka, bo nie doświadcza i nie pogłębia relacji z  Żywym Bogiem. Co Oznacza, że nie do końca wie, Komu i w co wierzy.  Jednak trzeba  też pamiętać, że Boga można doświadczyć w drugim człowieku. To nie przypadek. Człowiek przychodzi na świat w rodzinie- wspólnocie,  kochających się i bliskich sobie osób. Przynajmniej tak być powinno. Wspólnotę tworzył także Chrystus ze Swoimi uczniami, wskazując, że bliskość z NimBogiem Żywym i Prawdziwym jest ważniejsza niż więzy krwi : Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je (Łk. 8,21)  Wspólnotą jest ,więc także Jeden, Święty, Powszechny i Apostolski Kościół  Chrystusa na ziemi. Ale, czy zawsze, tworzący Go ludzie czują się świadomymi i odpowiedzialnymi za Tę Wspólnotę? Za parafię i podejmowane w niej inicjatywy? Za innych, potrzebujących różnego wsparcia parafian? A, co z modlitwą za kapłanów? Być może, w wielu wypadkach powinna być ona bardziej gorliwa?  Jedność  jest krucha, trzeba o nią dbać, bazować na wzajemnym szacunku i prawdzie ale bez modlitwy jest niemożliwa. Albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z [Jego] wolą (Flp 2,13). Zatem, by  kościoły były pełne, trzeba wracać wciąż do Źródła, czerpać z Chrystusa. Nie wolno też ukrywać prawdy- najpierw tej o sobie samym, a potem także tej, dotyczącej bliźniego, nie wyłączając stanu duchownego. Nie można jej jednak przekazywać inaczej, jak w duchu wzajemnej miłości. Kościół otwarty dla każdego człowieka, buduje jedność, opartą na miłości bliźniego, z szacunkiem dla różnorodności. Chrześcijanin, wezwany jest do budowania ewangelicznego pokoju, który ma  łączyć, nie dzielić. Ważny jest, więc  także dialog, zwłaszcza z tymi, którzy mają inne poglądy, a poszukują prawdy i miłości. Dzięki temu mogą odnaleźć Boga. Bo On  dał wszystko ludziom, jako dar i zadanie.                         
 
 

Z perspektywy żelowego misia

Na początku lat 80. XX w. byłam małą dziewczynką. Codzienność była trudna. Stan wojenny, czołgi na ulicach, godzina policyjna, prawie puste półki w sklepach i kartki- nie tylko na żywność. Pamiętam wiele.  Zwłaszcza zmagania moich rodziców, spotkania z rówieśnikami i chwile, gdy z siostrą dzieliłyśmy między sobą bezcenne słodycze. 

W naszym domu często panowała niezwykła atmosfera. Nie wszystko rozumiałam, ale wyczuwałam coś podniosłego.  Mój tata- historyk i publicysta, a zarazem pułkownik Wojska Polskiego- z powodu przekonań w latach 70. oddał legitymację partyjną. Łatwo nie było. Pisał prawdę, między innymi o  agresji sowieckiej na Polskę oraz zbrodni katyńskiej.  Wiele tekstów publikował pod pseudonimem, obnażając absurd i obłudę przyjaźni polsko-radzieckiej. Mama- dzielnie wspierała tatę- również wtedy, gdy wzywany był do Głównego Zarządu Politycznego (GZP), a ona, zmagając się ze strachem- zanosiła mu lekarstwa na serce. Ale mama robiła znacznie więcej. Pomagała innym rodzicom, którzy mieli dzieci z niepełnosprawnością ruchową, taką jak moja. W roku 1979 założyła Koło  Pomocy Dzieciom o Niepełnej Sprawności Ruchowej, przy Towarzystwie Przyjaciół Dzieci (TPD), które kilka lat później przekształciło się w Krajowy Komitet. I tak- z grupą  innych operatywnych i walecznych rodziców, miała odwagę pukać do drzwi ministrów, urzędów, dyrektorów fabryk, a także do nie tak licznych wówczas prywatnych przedsiębiorców. To wtedy powstała legitymacja dziecka niepełnosprawnego (moja miała nr 1.), uprawniająca do darmowych przejazdów komunikacją miejską, wraz z opiekunem. Pamiętam fantastyczne imprezy okolicznościowe, organizowane w klubie na Osiedlu Inflancka. Bawiliśmy się z naszym sprawnym rodzeństwem i innymi dziećmi z osiedla. Nikt nie koncentroiwał się na inności. Dla nas było to naturalne.  Dziś mówi się o integracji społecznej, wtedy wszystkich, którzy mieli jakiekolwiek ograniczenia częściej określano mianem kaleki, przez co większą karierę robiło słowo izolacja.  Na tych spotkaniach było zawsze ogromnie dużo radości. Szczególnie w Święta Bożego Narodzenia, gdy  charytatywnie występowali artystyści, były dyskoteki, a dzieci dostawały prezenty przekazane w darze od rodzin z zagranicy. To było niezwykłe. Najbardziej czekałam na żelowe misie i batoniki czekoladowe, które dziś można kupić prawie w każdym sklepie. Wracałyśmy z siostrą do domu i wszystkie słodkie zdobycze rozkładałyśmy z zachwytem na dywanie, podziwiając kolorowe opakowania.  Podział nie zawsze był sprawiedliwy. Czasem wygrywało prawo sprytniejszego. I tak, któregoś dnia, korzystając z nieuwagi mojej siostry, zjadłam jej porcję miśków. W akcie dziecięcej rozpaczy, nazwała mnie wstrętnym misiojadem.
Do żelowych misiów ( i nie tylko) mam słabość do dziś. Po latach zrozumiałam jednak, że  spotkania z rówieśnikami pomogły mi radośnie przeżywać dzieciństwo- mimo trudności, a czasem bólu fizycznego, jaki przynosiła niepełnosprawność.
Dziś żyję w zupełnie innej rzeczywistości, innym Kraju. Zmieniła się mentalność- inaczej postrzega się osoby z niepełnosprawnością, a integracja nie jest już fikcją. Jednak, mimo wielu pozytywnych zmian, wciąż czuję się tak, jakby zamiast praw i należnego szacunku-proponowano mi żelowego misia. Na osłodzenie życia i odwrócenie uwagi od tego, co ważne, trudne. Doświadczam dyskryminacji, czuję się wykluczana.  Mam wrażenie, że ten problem przybiera na sile. Konkrety? Byłam niedawno u lekarza- ginekologa na rutrynowej wizycie kontrolnej. Powinnam dodać, że wizytę umawiałam telefonicznie, w jednej z warszawskich przychodni, w której od lat jestem pacjentką. Zapytałam , czy w gabinecie jest automatycznie opuszczany fotel i poprosiłam, by zaznaczono, że potrzebuję pomocy położnej. Zapewniono mnie, że jest odpowiedni fotel, a położna na pewno nie odmówi pomocy. W dniu wizyty, czekając na swoją kolej, dowiedziałam się, że jest ponad półgodzinne opóźnienie. Czekałam nadal. Kiedy weszłam do gabinetu, poprosiłam położną o pomoc w rozwiązaniu butów i podaniu ręki przy wchodzeniu na fotel. Usłyszałam krótkie – Ja mam teraz śniadanie! Kiedy ośmieliłam się zwrócić do lekarza i powiedzieć także o opóźnieniu (miałam wyznaczoną inną wizytę w tej samej przychodni, a czas nie stał w miejscu), usłyszałam, że powinnam być z opiekunem. Spokojnie, ale stanowczo zaprotestowałam. Mieszkam sama, prowadzę dom, pracuję zawodowo. Potrzebuję czasem niewielkiego wsparcia w codziennych czynnościach. Ale nie mam opiekuna. To powinna być i jest wyłącznie moja decyzja. Zaprotestowałam, bo jestem, jak inne pacjentki- mam prawa. I podczas wizyty lekarskiej  oczekuję pomocy. Zwłaszcza, że pani doktor była bardzo zdziwiona, że zamiast pończoch mam rajstopy, bo to bardzo opóźnia, a przecież sama narzekałam na opóźnienia. Trudno mi było uwierzyć w to, co usłyszałam, więc zapytałam tylko, czy aby na pewno, przy  kilkustopniowym mrozie powinnam zakładać pończochy. Odpowiedzi nie usłyszałam.
Wielokrotnie, pracując jako pedagog, czy nauczyciel akademicki, zwracałam uwagę na prawa i obowiązki osób niepełnosprawnych. Wielokrotnie pisałam też, że bariery są przede wszystkim w ludzkim umyśle.  W maju  2017 roku byłam jednym z  ekspertów rządowego Programu Za życiem.  W mediach było o nim głośno, ale  gdy dziś spotykam się z organizacjami rodziców  osób niepełnosprawnych, mało kto słyszał, choćby o  opiece wytchnieniowej- jednym z ważniejszych założeń Programu. Miało ono ulżyć w opiece nad dzieckiem lub dorosłą osobą niepełnosprawną, w chwili gdy  rodzic lub opiekun nie może jej sprawować, na przykład na skutek zdarzeń losowych. 120 godzin rocznie- nie ma się czym chwalić. Może stąd ta cisza. Kolejny żelowy miś? A przecież widać, jaki ma to związek z ptróbą zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych i protestami wielu rodziców dzieci niepełnosprawnych. Nie znam żadnej normalnie myślącej kobiety, która chciałaby dokonać aborcji. Ale znam wiele matek, które są zmęczone, bo niepełnosprawność dziecka, to nie tylko nieprzespane noce, ale często także patrzenie na cierpienie – nierzadko przy braku środków do życia i na rehabilitację, leki i możliwości odpoczynku. Wtedy rodzi się frustracja.  Ja też sprzeciwiam się aborcji. Jestem za życiem. Jednak mam świadomość, że narodziny, to dopiero początek.  W tym kontekście nie interesuje mnie też, czy ktoś używa określenia  osoba z niepełnosprawnością, czy po prostu niepełnosprawna. Mam dość  nieprzemyślanych zwrotów, które są  kalką językową, eufemizmów, które, jak żelowe misie próbują podkolorować i osłodzić codzienność, nie wnosząc realnych zmian. Irytują mnie programy, pisane z myślą o osobach niepełnosprawnych, finansowane, na przykład  z funduszy unijnych, a często nieuwzględniające rzeczywistych potrzeb beneficjentów. Irytuje mnie marnowanie gigantycznych pieniędzy w tym zakresie: Brak konsultacji ze środowiskiem, czy brak odpowiednich narzędzi,  by programy wdrożyć i realizować. Wydaje mi się to szczególnie istotne w kontekście coraz częśtszego narzekania i krytyki Unii Europejskiej. Mamy inną alternatywę? Jaką?  Jeśli nie chcemy Unii Europejskiej i jej pieniędzy, zwróćmy się do naszego Państwa. Może wśród zalewu wyborczych, populistycznych haseł- tak rządowych, jak i opozycyjnych, choć jedno doczeka się realizacji i poprawi jakość życia osób niepełnosprawnych i ich rodzin.  Bo inaczej, jeśli ktoś tak, jak ja lubi żelowe misie- w pewnym momencie poczuje zdecydowany przesyt i nudności.