To nie będzie zwykły Reportaż z podróży. Owszem, ważne są dla mnie miejsca i daty. Od lat Italia jest dla mnie miejscem, w którym czuję się, jak w domu. Ale właśnie w tym pełnym słońca i radości (nawet jeśli czasem tylko powierzchownej) Kraju, za każdym razem odkrywam, że najważniejsi są ludzie, ich postawa, relacje jakie tworzą, empatia i wzajemny szacunek. Empatia, która nie musi być zawsze głębokim współodczuwaniem, ale jest próbą (prawie zawsze udaną) wyjścia naprzeciw, spojrzenia  z innej perspektywy i w jednym kierunku.

Czy to była podróż życia? Chyba bym tego tak nie nazwała ,ale tylko dlatego że staram się w te miejsca ciągle wracać. Włochy albo, jak ktoś woli ,słoneczna Italia to od ponad ćwierćwiecza moja niekwestionowana miłość. Zakochałam się w tym kraju podczas mojej pierwszej wycieczki-  pielgrzymki do Rzymu, Jako siedemnastoletnie dziewczę nie chciałam wracać do domu,  a ponieważ musiałam,  podjęłam decyzję,  którą realizowałam konsekwentnie przez długie lata : Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale nauczę się języka i będę do tego kraju wracać! Wracam zawodowo i prywatnie, stwarzam przestrzeń do kolejnych wyjazdów, by poznawać i na nowo odkrywać moje Włochy.

Jubileusz moich pięćdziesiątych urodzin,  ale także Rok jubileuszowy w Kościele Katolickim sprawiły, że znów pojechałam do jednego z moich ukochanych miast , do Mediolanu. To rodzaj retrospektywnej wycieczki,  ponieważ byłam tu pierwszy raz jako studentka z moimi przyjaciółmi. Tym razem pojechałam z moją mamą,  która podobnie,  jak ja kocha słońce Italii i jest prawdopodobne, że tę miłość wyssałam z mlekiem matki😊

Do wyjazdu przygotowywałyśmy się kilka tygodni, może nawet miesięcy, jeśli wezmę pod uwagę zmianę terminu. W końcu,  do samolotu wsiadłyśmy 16 czerwca 2025 r., o 9,45.i  już w samolocie poczułam fantastyczną atmosferę moich wakacji. Kilkanaście minut po starcie mogłam podziwiać Warszawę z góry, a zaraz potem, niemal wyczuwalną miękkość chmur. Rozsypane na idealnie błękitnym niebie wyglądały, jak zawieszona w próżni bita śmietana, innym znów razem miałam ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć białego puchu albo cała się w nim zanurzyć To pragnienie obudziło we mnie prawdziwą, dziecięcą wręcz radość, uśmiechaliśmy się z mamą do siebie, robiąc zdjęcia i komentując ten niezwykły widok,  jakby nie oddzielało nas od niego szczelne okno samolotu.

Po dwóch godzinach i czterdziestu pięciu minutach lotu wylądowałyśmy na lotnisku Milano Malpensa,  oczywiście trochę trwało zanim asysta lotniska, która wspiera osoby z niepełnosprawnością pomogła nam dostać się do wyjścia,  gdzie czekali już moi przyjaciele Luciana i Giovanni , na których przyjaźń mogę liczyć od dwudziestu pięciu lat. Zawsze radośni, otwarci i pełni wigoru, mimo upływającego czasu. Kiedy dotarliśmy do samochodu, okazało się, że walizka  mojej mamy jest uszkodzona i powinna to zgłosić przed opuszczeniem terenu lotniska. Ale tego dnia we Włoszech był strajk na kolei ,więc tłum nieprzebrany wokół,  a na parkingu ograniczony czas postoju, zrobiłyśmy więc zdjęcia uszkodzonej walizki i razem z naszymi przyjaciółmi ruszyłyśmy do centrum miasta Do Hotelu  Ibis , który kilka tygodni wcześniej zarezerwował w Warszawie dojechałyśmy już trochę zmęczone. https://all.accor.com/hotel/0933/index.pl.shtml?utm_campaign=seo+maps&utm_medium=seo+maps&utm_source=bing+maps#section-location

Jednak, gdy tylko dokonałyśmy rejestracji i pożegnałyśmy moich włoskich przyjaciół poszłyśmy do pokoju , który okazał się dużym apartamentem z dostosowaną łazienką, przestrzenią bez progową, czyli wszystko tak, jak być powinno.. Jakże różniło się to od przestrzeni hotelowej w Lublinie,  gdzie walczyłam z oderwanymi, nieudolnie doklejonymi do terakoty listwami, które miały udawać progi,  przez które mało nie skręciłam nogi. Po kilkunastu dniach i prawdziwej walce z obsługą udało mi się dojść swoich praw i dostać finansową rekompensatę. W Mediolanie natomiast, nie musiałam niczego tłumaczyć, bo wszystko było oczywiste, a na twarzach pracowników obsługi widziałam właściwie tylko życzliwy uśmiech,  bez cienia irytacji. Mój nieco szerszy niż wszystkie standardowe balkonik, wjeżdżał bez problemu zarówno do pokoju,  jak i do łazienki. A, kiedy miałam problemy techniczne z internatem, nie przysłano mi ochroniarza (jak w lubelskim hotelu pry problemach z klimatyzacją),tylko technika i nikt nie kazał mi schodzić do recepcji.  Obsługa techniczna przyszła do mnie, a ja, nie mając przekonania, że się uda, zapytałam mimochodem, czy mogę prosić o zmianę wysokości balkonika, który musiałam złożyć przed włożeniem do bagażnika samochodu.  Pokazałam zdjęcie z telefonu, na którym można było zobaczyć śruby umieszczone na odpowiedniej wysokości. W ciągu kilku minut mój balkonik odzyskał właściwą wysokość.

I w takich właśnie momentach, całkowitej normalności,  której towarzyszy życzliwość, trochę empatii ale też logika, czuję, że każdy mój przyjazd do Włoch to okazja do głębokiego odpoczynku i prawdziwego relaksu. Wcale nie chodzi mi o słońce Italii ale o ludzką mentalność. W Polsce wiele zmieniło się w kwestii dostępności, na przestrzeni lat, widzę zmiany ma lepsze. Ale wciąż, mimo znacznie lepszej infrastruktury i świadomości, walczę z absurdami i podejściem nie da się albo pani znowu ma jakieś pretensje i oczekiwania.

Kiedy wszystkie techniczne, ważna sprawy udało się zakończyć,  postanowiłyśmy z mamą odpocząć i cieszyć się nowym miejscem. Dużo czasu na ten odpoczynek nie miałyśmy,  ponieważ już przed osiemnastą miałyśmy, być w mediolańskiej La scala, https://www.teatroallascala.org/en/index.html    A, że byłyśmy głodne, ktoś z obsługi hotelu polecił nam Pizzerię Tarantella,,  która była w pobliżu. Tak pysznej pizzy dawno nie jadłam.  Pizza Napoletana. https://www.pizzeriaatarantella.it/Poza tym., trudno cieszyć się tak zwaną kulturą wysoką z pustym żołądkiem.  Być w teatrze La Scala na przedstawieniu Zygfryd Wagnera… bilety zarezerwowałam jeszcze w Warszawie. Z ogromnym biciem serca, czy w ogóle będzie to możliwe, czy będą miejsca ,czy mój balkonik wszędzie się zmieści,  a cena nie zwali mnie z nóg, postanowiłam jednak działać, bo raz w życiu obchodzi się pięćdziesiąte urodziny .i kiedy zadzwoniłam do La Scala, dowiedziałam się, że mogę jeszcze zarezerwować bilety na parterze, a jako osoba z niepełnosprawnością mam całkiem sporą zniżkę, musiałam tylko przedstawić dokument potwierdzający niepełnosprawność w ujęciu procentowym. Tyle tylko, że w Polsce wciąż orzeka się do celów rentowych i poza rentowych. a żadne orzeczenie nie określa niepełnosprawności w procentach. Lata mijają, a w polskim systemie orzecznictwa obywatel dalej jest zdolny lub niezdolny do pracy, ewentualnie jeszcze zdolny lub niezdolny do samodzielnej egzystencji. Długo walczyłam o zmianę tych rozwiązań na poziomie systemowym. Ale to walka z przysłowiowymi wiatrakami. To one zdążyły się zmienić i unowocześnić, ale nie orzecznictwo.  Mimo to, włoski Teatr zaakceptował moje dokumenty, dzięki czemu obejrzałam nie tylko piękne wnętrza La Scala, ale wysłuchałam opery w trzech aktach. Mogę, parafrazując Pucciniego, powiedzieć jedno: muzyka piękna ale zdecydowanie zbyt nudna. Moja mama miała podobne wrażenia, ale mimo wszystko, przeżycia i wrażenia niezapomniane, zatem zamierzony efekt został osiągnięty.  Rozpoczęłam świętowanie moich urodzin, ale dziś wiem jedno: nigdy więcej takiej ilości Wagnera! Do hotelu wróciłyśmy taksówką, którą, co również było dla mnie novum, zamówił nam Teatr. Nie musiałam więc, jak często ma to miejsce w Polsce czekać w nieskończoność, bez gwarancji zrealizowanej usługi przewozowej. Po powrocie do hotelu zasnęłyśmy praktycznie od razu

17 czerwca, wtorek. Moje imienny

Około dziewiątej rano zeszłyśmy na śniadanie. Młodej dziewczynie z hotelowej obsługi podałam numer pokoju i chwilę potem nakładałam,  dostępne w ramach szwedzkiego bufetu jedzenie. Na po południe zaplanowałyśmy spotkanie z moją serdeczną znajomą, Lidią, nauczycielką, która wiele lat temu podczas mojej podróży do Mediolanu. pomagała mi zbierać materiały, dzięki którym napisałam cykl artykułów o włoskim systemie kształcenia i wsparciu uczniów z niepełnosprawnością. W 2006 roku cykl ten trafił do ówczesnego Ministerstwa Edukacji. Z Lidią spotkałyśmy się w Castello Sforzesco, https://www.getyourguide.pl/mediolan-l139/mediolan-bilet-wstepu-do-zamku-sforza-z-cyfrowym-audioprzewodnikiem-t414400/?ranking_uuid=36dec14f-681d-4fe1-bf9b-dd6907ab321b

gdzie z uśmiechem na ustach, wracając do historii sprzed wieków, potwierdzałyśmy włosko- polskie i polsko -włoskie związki i wpływy, o które zadbała królowa Bona. W przyzamkowej kafejce wspominałyśmy też nasze pierwsze spotkanie we włoskiej szkole podstawowej . Mama, zachwycona Lidią i naszym wspólnym czasem, kazała mi tłumaczyć niemal każde słowo z aptekarską dokładnością.  Piłyśmy kawę, śmiałyśmy się, ciesząc z drobnych upominków, którymi nawzajem się obdarowałyśmy. Piękny zamek, którego nie udało mi się zobaczyć podczas mojej pierwszej, wspomnianej wyprawy do Mediolanu, naprawdę zachwycił. Zobaczyłam Museo Pieta`Rondanini Michelangelo, Museo d`Arte Antica . I kilka innych, nie na wszystko starczyło mi sił. Wrócę😊. Z Lidią pożegnałyśmy się w przyzamkowym parku i postanowiłyśmy poszukać restauracji. Wiedziałyśmy, że najciekawsze miejsca i najsmaczniejsze dania są najczęściej daleko od centrum W mało znanych turystom lokalizacjach, ale nie miałyśmy siły szukać kameralnego miejsca, poszłyśmy więc do restauracji Castello ,która była obok zamku. Pizza nie była tak rewelacyjna, jak w restauracji Tarantella ,ale tak pysznego tiramisu nigdzie nie jadłam Coraz mocniej docierało do mnie, że mam moje upragnione wakacje, które spędzam w ukochanych miejscach…

Do hotelu wróciłyśmy zmęczone ale naprawdę zadowolone. Zwłaszcza, że obsługa hotelu znów obdarzała mnie szerokim, serdecznym uśmiechem. Dopiero następnego dnia dowiedziałam się, o co chodzi, a moje zaskoczenie wywołało śmiech przez łzy , niedowierzanie.

18 czerwca, środa

Wstałyśmy po godzinie 8:00 i, jak zwykle pierwszym punktem dnia było hotelowe śniadanie . Kolejny raz podałam numer pokoju sympatycznej dziewczynie, która obsługiwała gości przy wejściu do  restauracji. Jackueline, bo tak miała na imię brunetka o wyrazistych rysach i dużych ciemnych oczach ,widocznych zza okularów, podeszła do naszego stolika i powiedziała do mnie,. że ktoś ma dla mnie wiadomość. Byłam mocno zaskoczona bo niczego takiego się nie spodziewałam. Tymczasem Jackueline,  już po chwili wręczyła mi dużą kartkę:  Thank you for your smile , you are so sympatic, Laura. With love. Jackueline. Byłam naprawdę wzruszona. Nie wiedziałam, co powiedzieć, aż w końcu obie się popłakałyśmy. Dopiero po chwili byłam w stanie wyjaśnić mojej mamie, o co chodzi. To było niesamowite,  bo nie tylko ktoś zauważył i docenił moją spontaniczną radość,  ja przede wszystkim byłam naprawdę wdzięczna za te kilka dni, kiedy nic nikomu nie musiałam tłumaczyć, kiedy nie miałam etykiety osoby roszczeniowej mającej wieczne pretensje, bo przecież mam moją niepełnosprawność i powinnam być zadowolona , bo ktoś pomaga . Tak właśnie często mam w Polsce i choć doceniam zmiany w naszym Kraju, często mam dość tłumaczenia rzeczy oczywistych albo udowadniania, że dostępność nie może być tylko na papierze, a moje prawa są takie, jak wszystkich obywateli i nie mają nic wspólnego z postawą roszczeniową. Świadomość i wiedza powinny być atutem, ale w naszym Kraju nie zawsze tak są odbierane, co widać niestety także w życiu społeczno- politycznym. Ilekroć jestem we Włoszech, mocno czuję, że mogę być sobą, nic nie muszę wyjaśniać. Byłam gościem hotelowym, jak  moja mama, seniorka, ale ja byłam traktowana zupełnie normalnie, z uwzględnieniem wszystkich moich ograniczeń i wynikających z tego potrzeb. W naturalny, więc sposób, codziennie miałam tak zwanego banana na twarzy, co jak widać nie umknęło uwadze pracowników hotelu. Potem, podobną kartkę dostałam od Jackueline w języku włoskim I dowiedziałam się, że obie z moją mamą zostałyśmy odebrane, jako osoby niezwykle sympatyczne, otwarte i uprzejme, co bardzo dało mi do myślenia i pokazało, że praca w hotelu, w hotelowej restauracji albo w usłudze sprzątającej jest bardzo trudna i męcząca . Z Jackueline jestem w kontakcie i mam nadzieję, że uda nam się utrzymać i rozwinąć znajomość, zwłaszcza, że to ja tak wiele dostałam podczas tych dni. Akceptacja, zrozumienie i wzajemny szacunek to podstawa. Włochom zazdroszczę jeszcze jednego: tam też rządzi Prawica. ale nikt nie wrzeszczy non stop precz z uchodźcami!, a obecność obywateli Albanii czy Senegalu, Indii i innych krajów, jest zupełnie normalna. Nie rozumiem Polaków, którzy tak bardzo boją się inności. Dla mnie cenna była rozmowa z młodym Senegalczykiem, pracownikiem Hotelu ibis, który codziennie pomagał mi zjechać balkonikiem z hotelowego podjazdu. Mogliśmy rozmawiać o różnicach kulturowych. Davide, Anastasia, Kelnerzy, którzy z radością, zanim zdążyłam się odezwać, przynosili mi rogale z czekoladą albo gorącą kawę cappuccino. Zwykły Hotel, który działa także w Polsce, a jednak niezwykli Ludzie, którym bardzo dziękuje za te kilka dni.

Planowałyśmy tego dnia zwiedzanie kościoła Santa Maria Delle Grazie, w którym można zobaczyć  Ostatnią  Wieczerzę, jednego z moich ulubionych klasyków, Leonardo Da Vinci.  L’Ultima Cena – Chiesa di Santa Maria delle Grazie Wezwałam taksówkę , która zawiozła nas  w pobliże kościoła. Upał był potężny, więc postanowiłyśmy wybrać się na lody i dobra kawę, Ja zamówiłam jeszcze ulubioną Caprese z mozzarella di bufala. Gdy tylko zjadłyśmy, zobaczyłam ruch w pobliżu kościoła. Miałyśmy szczęście, właśnie rozpoczął się czas zwiedzania, a ja wcześniej nie sprawdziłam godzin otwarcia. To było dla mnie, jak prezent Opatrzności, bo wielu turystów nie zgrywa swojej wycieczki z godzinami wstępu.  Przeżycie nie do opisania. Dla mnie nie tylko spotkanie ze sztuką i kulturą, ale także niezwykłe doświadczenie duchowe. Zwłaszcza, że tego dnia, w tym kościele, pierwszy raz w życiu spowiadałam się w języku włoskim, Od spowiednika dostałam nie tylko rozgrzeszenie, ale także komplement odnoszący się do mojego włoskiego. Czułam się bardzo szczęśliwa. Tego wieczoru czekało nas jeszcze spotkanie z moimi Przyjaciółmi: Luciana, Giovanni i ich syn Marco, ze swoją rodziną. Spotkaliśmy się w restauracji., w p obliżu Corso Buenos Aires Milano Corso Buenos Aires – Corso Buenos Aires – Wikipedia. Rozmawiało nam się tak, jakbyśmy spotykali się regularnie, w niewielkich odstępach czasu. Ale tak dzieję się chyba wtedy, gdy ludzie się naprawdę lubią, a ich znajomość przetrwała niejedną próbę czasu. Mama dzielnie czekała na moje tłumaczenie i zdecydowała się na skromne Risotto. Ja, tym razem, z restauracyjnego menu nie wybrałam pizzy, a równie klasyczne, choć nieco mniej znane u nas danie : Cotoletta alla Milanese[1].Długo biesiadowaliśmy przy restauracyjnym stole- zgodnie z włoskim zwyczajem, który wiele lat temu wprowadziłam do mojego życia i  najbardziej kocham spokojne, długo trwające jedzenie, przy niekończących się dyskusjach. Nawet, jeśli danie zdąży już wystygnąć. Słynne: jedz, bo wystygnie! było dla mnie zawsze frustrujące, choć doceniam też wartość ciepłych posiłków, szczególnie zimą w Polsce. Nasz wieczorny powrót do hotelu przywołał kilka wspomnień. Uśmiechnęłam się do swoich myśli.  Z perspektywy dwudziestu pięciu lat, dla mnie Mediolan nie zmienił się aż tak bardzo, wiele miejsc odkrywałam dopiero tym razem. Stare miasta zawsze mają swój urok.  Ale tym, co boją się zmian i cywilizacji, mogę powiedzieć tylko jedno: żeby nie wiem, jak próbować, nie da się od tego uciec. Rozwój jest dobry. Corso Buenos Aires verso piazzale Loreto a Milano (anni 1920) – Corso Buenos Aires – Wikipedia[2]  Nie musi oznaczać niszczenia kultury i tradycji, jeśli mądrze, ale i bez lęku i fobii się z niego korzysta.

Czwartek, 19 czerwca, Boże Ciało.

Po śniadaniu wybierałyśmy się do Pinacoteca di Brera https://www.bing.com/videos/riverview/relatedvideo?q=pimacotecavdi+Brera&mid=5ADF8F7E43EC6CCFCB775ADF8F7E43EC6CCFCB77&FORM=VIRE

Po raz kolejny wezwałam taksówkę za pośrednictwem obsługi hotelu. Po raz kolejny kierowca był pod hotelem w ciągu kilku minut i po raz kolejny (za każdym razem inny kierowca), doświadczyłam życzliwości, zrozumienia i pomocy, którym niemal codziennie towarzyszył uśmiech. Piszę o tym nie bez powodu. Mam  swoiste porównanie, bo przy całej świadomości dobrych zmian, jakie przez dekady zaszły w Polsce, to we Włoszech nie musiałam się martwić, czy mój balkonik zmieści się do bagażnika, nie słyszałam komentarzy w stylu… ale on jest za duży! Nie może pani mieć mniejszego? ” Włoskim kierowcom zdarzał się jakiś krótki komentarz, ale gdy tylko próbowałam coś wyjaśnić, słyszałam” Signora, e`il mio priblema[3]Tak, dojechałyśmy z mamą na via Brera, by podziwiać, między innymi niepowtarzalny zbiór włoskiego malarstwa. Mój ukochany Caravaggio, Hayez czy Rafael… To była prawdziwa uczta, a momentami miałam łzy w oczach, bo dwadzieścia pięć lat temu nie udało mi się zobaczyć tej kolekcji. Ale czas mi to wynagrodził. Dodatkową atrakcją, a właściwie sporym ułatwieniem był fakt, że po ogromnej przestrzeni Pinacoteca di Brera, mogłam poruszać się małym skuterkiem, wypożyczonym przy wejściu. Mam prawie identyczny i wykorzystuję go na dłuższe podróże w przestrzeni miasta w Polsce, niestety mojego skutera nie mogłam zabrać do samolotu. Mały i zwrotny pojazd sprawił, że mogłam skoncentrować się na zwiedzaniu ekspozycji, a nie na moim zmęczeniu. Ponadto, ja i mama byłyśmy niezależne i każda  oglądała ekspozycję w swoim tempie.  W Polsce jeszcze nie spotkałam takich rozwiązań, choć dostępne już w większości muzeów wózki inwalidzkie, też na pewno  są ułatwieniem dla osób z niepełnosprawnością, zwłaszcza, że nie każdy skorzystać może ze skutera.  Po kilku godzinach zwiedzania poczułyśmy solidny głód i nie zastanawiając się długo, wybrałyśmy pierwszą Pizzerię, jaka rzuciła nam się w oczy. Była niezła, ale nie na tyle, by ją tu reklamować i poświęcać więcej uwagi, a i w żadnym przewodniku nie znalazłam tej restauracji nawet wśród dwudziestu godnych polecenia. Zresztą, Tarantella jest bezkonkurencyjną😊 Tego wieczoru byłyśmy jeszcze w kościele San GregorioChiesa di San Gregorio Magno | Milano (MI) . Już w Warszawie planowałam, że Święto Bożego Ciała chcę celebrować w Mediolanie. Tak się stało. Jako katoliczka mam serdecznie dość upolitycznionego, polskiego Kościoła, w którym wielu księży zapomina, że nie wierność partii, a Bogu i Ewangelii jest na pierwszym miejscu. W tej mediolańskiej parafii znalazłam spokój i ciszę, a także Słowo, które przybliżył prawdziwy Pasterz, skromny ksiądz, który o cudzie rozmnożenia chleba mówił w kontekście dzielenia się sobą. Oddawania siebie i swojego czasu, nie jakiemuś bliźniemu, ale tym najbliższym, jak starsi rodzice, czy dziadkowie. Wzruszyły mnie te słowa, zwłaszcza, że przede mną siedziała starsza pani na wózku inwalidzkim, a obok kobieta, uśmiechnięta, może córka, z delikatnością  sprawdzała seniorce gleukometr. I moja mama, także seniorka, która chciała mi towarzyszyć, a od dawna marzyła o tej podróży.

Po Mszy Świętej wyszedł do nas  ksiądz proboszcz i przywitał szczerym uśmiechem. Zauważył, że jesteśmy spoza parafii, a my poczułyśmy się ugoszczone. To kolejny włoski zwyczaj, który tak lubię.  Bardzo mi w polskim Kościele brak pasterzy prezentujących wyłącznie ewangeliczny punkt widzenia.  Pasterzy, dla których patafianie, to coś więcej niż pieniądze i statystyka, w wielu polskich kościołach (choć, na szczęście są wyjątki) człowiek jest po prostu anonimowy. Czasem boje się też niedzielnych kazań polskich księży, którzy chcą być i są wyznawcami partyjnej, prawicowej ideologii. Niestety częściej i mocniej niż nauki Chrystusa.

Uczestniczyłam we Mszy, przyjęłam Komunię pod dwiema postaciami[4] i ominęła mnie tradycja procesji Bożego Ciała, która, choć piękna, w Polsce rzadko wiąże się dla mnie z przeżyciem duchowym, bardziej  kojarzy się z tłokiem, zbyt głośną modlitwą. Ale to moje zdanie.

Piątek, 20 czerwca

W holu hotelu IBIS znów Obsługa wita mnie z uśmiechem. Mój ulubiony kelner, Davide, zanim zdążyłam poprosić, stawia mi na stoliku naprawdę gorące cappuccino… Mama dostała szklankę spienionego mleka, jak poprzedniego dnia. Zaczynałyśmy kolejny  dzień, kolejnym pysznym śniadaniem. Jackueline,, przyniosła mi gorący cornetto z czekoladą. Zwyczajny- niezwyczajny Hotel. Już o tym pisałam, ale wciąż mam  w pamięci te  zwykłe chwile nadzwyczajnego zrozumienia, empatii, a jednocześnie profesjonalizmu. Pomoc obsługi miałam praktycznie od momentu wyjścia z hotelowego pokoju. Asekuracja balkonika, pomoc w  nakładaniu potraw na talerze… normalne, prawda Tylko, że ja nie musiałam o to się dopominać, nie czekałam i nie czułam się naznaczona opieką. Czułam się i faktycznie byłam zauważona. To wielka różnica. Coś, czego brakuje mi w Polsce, gdzie często bezskutecznie prosząc o pomoc, a w końcu dopominając się o swoje prawa, uznawana  jestem za osobę roszczeniową. Czasem jestem bardzo zmęczona. Korzystanie z przysługujących praw( nie przywilejów!) bywa w naszym Kraju męczącym zajęciem.  W mediolańskim Hotelu Ibis naprawdę odpoczęłam. Oddychałam normalnością i życzliwością wokół mnie.

Na ten dzień zaplanowałyśmy zwiedzanie mojego ukochanego Duomo. Katedra w Mediolanie: historia, bilety, i informacje praktyczne Ta niesamowita, zapierająca nie tylko mnie dech w piersiach budowla w stylu gotyckim, zachwyca swym pięknem, rozmiarem i historią. To niewątpliwie symbol miasta. Warto wiedzieć, że elementy charakterystyczne dla gotyku mieszają się tu z elementami właściwymi dla Regionu Lombardia. Ale dla mnie to znów była wycieczka retrospektywna, a zarazem miejsce i czas na modlitwę. A zaraz potem? Trudno o lepsze, choć nieplanowane przeze mnie połączenie  sacrum i profanum😊 Mediolan znany jest nie tylko jako stolica Lombardii, ale także jako jedna ze stolic mody i swoistego przepychu. Tu, w pobliżu monumentalnej Katedry znajduje się Galleria  Vittorio Emanuele II. https://travelitalia.pl/galeria-wiktora-emanuela-ii-w-mediolanie-spacer-i-zwiedzanie

Wielowiekowa galeria handlowa, z niezwykłą i charakterystyczną, piękną architekturą. Z dachem, który, niemal, jak warszawski Pałac Kultury, widoczny jest z wielu punktów miasta. Ekskluzywne światowe marki mają tu swoje sklepy. Ale ja znalazłam niezwykłe miejsce: klimatyczną, niedużą księgarnie, w której spędziłam trochę czasu, zanim wyszłam z … biografią i opisem dzieł Caravaggio.  Potem poszłyśmy na pizzę i kawę, po drodze całkiem pyszne lody. Znów odpoczywałam w pełni radości. Mama chyba też.. Ale najbardziej zaskakujący był dla mnie nasz powrót do hotelu. Szłyśmy w kierunku postoju taksówek, był już wieczór i obie byłyśmy zmęczone. Musiał to zauważyć mijający nas taksówkarz. Zatrzymał się sporo przed wyznaczonym postojem i spytał, czy potrzebujemy transportu. Potwierdziłam. Zaprosił nas do samochodu i zajął się moim balkonikiem. Mama miała łzy w oczach, a ja uśmiech wdzięczności. Bolały mnie nogi. Ruszyliśmy, a przez otwarte od strony kierowcy okno dobiegły mnie niezadowolone głosy klientów, czekających na postoju. Kierowca otworzył szerzej okno i tak głośno, jak szpetnie zaklął. Zaczęłam się śmiać, bo z mojego punktu widzenia sytuacja była całkiem zabawna. Kierowca, nieco speszony i zaskoczony jednocześnie, zaczął mnie przepraszać. Powiedziałam, że się nie gniewam i rozumiem sytuację. I podziękowałam mu raz jeszcze, że zatrzymał się wcześniej i oszczędził mi drogi. Usłyszałam tylko: nie ma sprawy, tutaj rządze ja. Jak bardzo brakuje mi takiej postawy u polskich taksówkarzy, wiem tylko ja.

Z taksówkarzem rozmawiałam całą drogę do hotelu, domyślił się, że jesteśmy z Polski, powiedział, że uczy się angielskiego, że jego mama jest Holenderką, żartowaliśmy, starałam się tłumaczyć mamie cały kontekst. Ale na koniec, gdy dojechaliśmy do hotelu powiedziałam jedno zdanie: Proszę uczyć się angielskiego, nie pomijając nauki przekleństw. Śmialiśmy się wszyscy, stojąc jeszcze dłuższą chwilę przy samochodzie.

Sobota, 21 czerwca

Przykra była dla nas świadomość, że nasz pobyt w Mediolanie powoli dobiega końca. Ale na ten dzień miałam zaplanowane wyjątkowe, jak dla mnie czynności. Zamówiłyśmy taksówkę, by jeszcze raz znaleźć się na  Corso Buenos Aires 19. Pod tym adresem jest sklep ‘United  Colors  of Benetton. Nie zakładałam, że coś kupię, po prostu zawsze, kiedy jestem we Włoszech , odwiedzam sklepy tej sławnej Sieci. Zwłaszcza, że sklepy włoskie są dużo lepiej zaopatrzone niż w Polsce, gdzie zdarzyło mi się kupić towar uszkodzony, w ramach sezonowych obniżek. Bez informacji. Nawet możliwość zwrotu nie zaciera w takiej sytuacji poczucia rozczarowania. W Mediolanie chciałam obejrzeć spodnie, najlepiej różne, ze wskazaniem na dżinsy. Chciałam obejrzeć, bo przyzwyczajona jestem do polskiej rzeczywistości, w której w sklepowych przymierzalniach jest na tyle ciasno, że nie mogę liczyć na taboret, nie wspomnę o krześle, pomocy i minimum intymności. Przekroczyłam próg mediolańskiego Benettona, gdzie już po chwili przywitała mnie sprzedawczyni, pytając, czego potrzebuję. Powiedziałam, że szukam spodni, na co ona podeszła do stojaków z ubraniami i na początek podała mi dwie pary spodni do ewentualnego przymierzenia. Zapytała, czy mi się takie podobają. Potwierdziłam, ale niemal natychmiast dodałam, że mogę tylko oglądać, bo będę miała problem z przymierzaniem. https://it.benetton.com/l/jccxucb-stores.html Sprzedawczyni rzuciła mi szybkie, pełne zdziwienia pytanie: Jaki problem?? Zapraszam do przymierzalni. Do pomocy dostałam dwie inne pracowniczki sklepu. Dwie pozostałe przynosiły mi kolejne pary spodni do przymierzenia. Moja mama stała obok, mogąc spokojnie  podzielić się swoją opinią, co do mojego wyglądu w nowej garderobie. Patrzyła jednocześnie z niedowierzaniem na to, co się dzieje. Dwie kobiety za każdym razem pomagały mi zdjąć i założyć kolejne spodnie, nie pomijając tych samych czynności w odniesieniu do butów, żebym nie stała boso na posadzce… To tylko potencjalne kupno spodni, a ja miałam łzy w oczach. Byłam wdzięczna, a jednocześnie niewymownie szczęśliwa, bo gdy poczułam niepokój i skrępowanie, usłyszałam: Czym się pani przejmuje?? My tu do 20.00 jesteśmy, mamy czas.  To zdanie sprawiło, że moja radość wypływała ze mnie każdym fragmentem ciała. Byłam, jak każda inna klientka, której poświęcono czas w czasie pracy sklepu. Może niestandardowo, ale to był mój czas!!! Nie słyszałam i nie zauważyłam cienia zniecierpliwienia, niezadowolenia czy przynaglania. Dostałam wsparcie, uśmiech, empatię, ale przede wszystkim profesjonalizm. Brakuje mi tego w wielu polskich sklepach, gdzie sezonowo / czasowo zatrudniani pracownicy, często  studenci, traktują klientów bezosobowo, bez wyrazu i byle jak. O takiej pomocy, jaką dostałam w Mediolanie nie mogę nawet marzyć, więc jeśli chcę kupić cokolwiek, zwłaszcza spodnie, muszę kupić wszystko, co chciałabym przymierzyć,  Mogę to zrobić tylko w domu. Blokuję swoje pieniądze, a potem muszę jeszcze zorganizować sobie transport, by oddać nietrafione zakupy. Kosztowne, wkurzające, upokarzające i czasochłonne. W Mediolanie kupiłam dwie pary spodni, a wszystkim Pracownikom sklepu bardzo dziękuję.

Niedziela 22 czerwca.

To właściwie nasz ostatni, pełnowymiarowy dzień w Mediolanie. W planach miałyśmy spacer, obiad w jakiejś restauracji i Mszę w kościele św. Grzegorza, jak poprzednio. Powinnam jednak przypomnieć, że po przylocie do Mediolanu, mama odkryła, że ma uszkodzoną walizkę. Wybrała się do sklepu znanej nam od lat firmy Carpisa Zdecydowała, że pójdzie sama i w razie kłopotów będzie do mnie dzwonić. Telefon odebrałam szybciej niż myślałam. Rozmawiałam ze sprzedawczynią, która odmówiła mi wystawienia faktury… bo nie jestem Włoszką. Takiej sytuacji nie przewidział system obsługi klienta sklepu. Na nic moje argumenty o Unii Europejskiej, spójności prawa, przepływie informacji. Faktury nie dostałyśmy. Dobrze, że linie lotnicze uznały reklamacje na podstawie paragonu. Z nowej walizki mama była i jest zadowolona. Ja, choć uważam, że Carpisa ma naprawdę fajne rzeczy w sprzedaży (tym razem kupiłam sobie plecak, torebkę i dwie apaszki) https://www.bing.com/images/search?q=Carpisa&form=RESTAB&first=1 sklepu na Corso Buenos Aires nie polecam. Ponadto, wydaje mi się, że problem z międzynarodowymi fakturami ma szerszy wymiar. Mogę śmiało powiedzieć, że jeśli chodzi o płatności elektroniczne i pozyskiwanie niezbędnych dla klienta dokumentów, Polska jest na znacznie wyższym poziomie.Po przygodach w sklepie poszłyśmy na pyszny obiad  do restauracji Mamma Rosa. restauracja mamma rosa milano – Wyszukaj Przepyszna carbonara i grillowane warzywa złagodziły wcześniejsze niedogodności. Jak zwykle, mogłam także tu liczyć na pomoc kelnera. Starszy, dystyngowany jegomość przejął mój balkonik i pomógł wejść po schodach, zapraszając nas do stolika. Po jedzeniu, spacerkiem poszłyśmy do naszego kościoła, a wieczorem pakowałyśmy walizki.

23 czerwca, poniedziałek, powrót do Polski.

Nie lubię wyjeżdżać  z Włoch. Mama wybrała się jeszcze na krótką wycieczkę mediolańskim tramwajem, a ja piłam cappuccino  w hotelowym ogródku. Pożegnałam się z Jackueline i resztą Ekipy. Czekałam na moich włoskich Przyjaciół, którzy tym razem mieli nas zawieźć na lotnisko, byśmy wróciły do domu.  Luciana i Giovanni przyjechali punktualnie, ale, jak się później okazało, samolot był opóźniony z powodu silnego wiatru i deszczu. Leciałyśmy w burzy i pierwszy raz trochę się bałam turbulencji. W moim warszawskim mieszkaniu, jak zawsze czekał na mnie wierny i kochany, rudy kot, Bonifacy, a ja potrzebowałam kilku dni, by przestawić się na trochę inną rzeczywistość,

 

[1] Kotlet schabowy po mediolańsku

[2] Corso Buenos Aires, Lata 20. XX w.

[3] Proszę Pani, to mój problem.

[4] Ciała i Krwi Pańskiej